— A co powiesz na Merricka Silasa? — zapytała z nadzieją Lo.
— Nie, nie jestem zainteresowana.
— Jeremiah Sterling?
— Nadal nie jestem zainteresowana. — Miałyśmy wolną godzinę i siedziałyśmy na zewnątrz pod drzewem, plotkując.
Lyry z nami nie było, bo jej brat wracał dzisiaj. Chciała być w domu, kiedy przyjedzie. Rozumiałam ją; minął rok i pół, odkąd widziała go po raz ostatni. Studiował w Londynie i rzadko wracał.
— Lan Martins?
— Naprawdę Lo, nie potrzebuję chłopaka. — Powiedziałam jej to chyba po raz setny tego dnia. Lo potrafi być naprawdę uparta, kiedy chce. Cały czas próbowała mnie swatać z chłopakami ze szkoły.
— Mówiłam ci, żebyś tak do mnie nie mówiła; czuję się, jakbyś mnie obrażała. I co to znaczy, że nie potrzebujesz chłopaka?
— To znaczy, że nie potrzebuję. Gdybym jakiegoś chciała, bez problemu bym go znalazła.
— To dlaczego, u diabła, jeszcze go nie masz? Minęły miesiące, odkąd Dash wyjechał.
Jeśli zastanawiacie się, kim jest Dash... cóż, powiedzmy, że był moim partnerem do łóżka. Mieliśmy układ typu „przyjaciele z profitami”, który trwał do kilku miesięcy temu. Ale jego ojciec dostał lepszą pracę w Australii, więc cała rodzina się przeprowadziła.
— Nie chcę żadnych chłopięcych dram. Mam szkołę, a to już wystarczająco dużo bólu głowy — westchnęłam teatralnie.
Zadzwonił dzwonek, obwieszczając przerwę obiadową.
— Chodźmy, umieram z głodu. — Wstałam, ciągnąc Lo za sobą. Obudziłam się dzisiaj wyjątkowo późno, więc nie zdążyłam zjeść śniadania, bo musiałam pędzić, żeby być w szkole na czas.
— Możemy usiąść przy stoliku Brooksa? — błagała Lo, robiąc maślane oczy.
Jęknęłam na samą myśl; siedzenie z Brooksem oznaczało widzenie Romana. Udawało nam się unikać siebie nawzajem przez dwa dni i to było wspaniałe.
— Musimy?
— Brooks jest ciągle zajęty treningami przed przyszłotygodniowym przyjazdem skautów; prawie nie mieliśmy czasu dla siebie. Tęsknię za moim skarbem. — Powiedziała to z zawadiackim uśmiechem, gdy wchodziłyśmy do stołówki. Obie kupiłyśmy jedzenie i zostałam zaciągnięta wprost do strefy tortur.
— Hej, kochanie. — Lo przywitała się z Brooksem, siadając mu na kolanach, i zaczęli się całować.
Czy oni nigdy nie słyszeli o zwrocie: „znajdźcie sobie pokój”?
Choć bardzo się cieszę, że ich związek jest taki udany, nie sądzę, bym mogła znieść ich publiczne okazywanie uczuć po tym, jak kiedyś nakryłam ich w sytuacji bliskiej konsumpcji.
Usiadłam, nie patrząc nawet, kto siedzi naprzeciwko mnie, a kiedy w końcu podniosłam wzrok, nie mogłam opanować obrzydzenia.
Na kolanach Romana okrakiem siedziała jakaś dziewczyna, a oboje próbowali sobie nawzajem zjeść twarze.
Dobra, cofam to, co powiedziałam. Lo i Brooksa jeszcze zniosę, ale Roman i ta dziewczyna byli czymś obrzydliwym.
Przewróciłam oczami na ten widok i zaczęłam jeść hamburgera i frytki. Na szczęście Lo i Brooks skończyli swoją sesję czułości, ale Roman po prostu nie przestawał.
Czy oni nie muszą oddychać?
— Hej Vivi. — Brooks przywitał się, szturchając mnie w ramię.
— Miło, że w końcu zostałam zauważona — powiedziałam z przekąsem, a gdy na twarzy Brooksa wykwitł rumieniec, a Lo zachichotała nieśmiało, uśmiechnęłam się słodko.
— Przepraszam, po prostu nie mogłam się powstrzymać — odpowiedziała Lo, a jej twarz zrobiła się czerwona.
— Widzę — zaśmiałam się, postanawiając zmienić temat. — A co z Reidem? Nie widziałam go dzisiaj. Ciekawe, co porabia. Reid był z tej trójki najbardziej rozrywkowy.
— Koza — odpowiedział Brooks, a na jego twarzy pojawił się cwany uśmieszek.
— Co znowu zrobił? — zawołała Lo.
— Wiecie, jak pani David kazała nam napisać wypracowanie na tysiąc słów o naszym ulubionym wspomnieniu? No cóż, Reid uznał, że lepszym pomysłem będzie narysowanie go. — Kiedy Brooks relacjonował to, co się stało, Lo i ja nie mogłyśmy przestać się śmiać.
— Proszę, nie mów mi, że to jest to, co myślę — zapytałam, wiedząc, jaki jest Reid. Można go sklasyfikować jako typowego kobieciarza, dokładnie tak jak Romana.
A teraz wyobraźcie sobie, że pytacie kogoś takiego o jego ulubione wspomnienie. To zdecydowanie coś, czego nigdy nie chciałabym zobaczyć.
— Tak, dokładnie to zrobił — odpowiedział Brooks. — I to nawet nie jest najlepsza część.
— A co? — dopytywała Lo, chcąc wiedzieć więcej. Ja też byłam ciekawa.
— Opisał to jako temat tak emocjonalny, że żadne słowa nie są w stanie go wyrazić. Nigdy nie widziałem pani David tak wściekłej, stąd ta koza.
— Dlaczego mnie to nawet nie dziwi? To takie typowe dla Reida. — Lo pokiwała głową, zgadzając się ze mną.
Przerwaliśmy rozmowę, gdy usłyszeliśmy jęk dobiegający od dziewczyny siedzącej na Romanie. Moja twarz wykrzywiła się w obrzydzeniu, gdy patrzyliśmy na ten bardzo niesmaczny widok.
Jak oni mogą tak długo? To mnie naprawdę zdumiewa.
Brooks odchrząknął, próbując przykuć ich uwagę. Roman odwrócił się od dziewczyny, którą trzymał na kolanach, ze swoim popisowym uśmieszkiem, a od jego warg do jej ust ciągnęła się nitka śliny.
Chyba właśnie straciłam apetyt!
— Co tam? — zapytał Roman, nie trudząc się nawet, by zrzucić z siebie dziewczynę, która teraz całowała go po szyi.
— Ciśnienie mi skoczyło — mruknęłam.
Roman zmrużył oczy, dostrzegając moją obecność. — Byłabyś znacznie bardziej znośna, gdyby nie ta dziura w twojej twarzy, z której wydobywa się ten hałas.
— Ile czasu zajęło ci wymyślenie tego? — odparowałam, gromiąc go wzrokiem.
— Naprawdę, to jest twoja inteligentna riposta? Viviennnne.
Ten bezczelny gnojek...
— Dobra, dobra. Wystarczy wam obojgu; nie chcemy, żebyście tu zaczęli III wojnę światową. Może zakończmy to pokojowo i kontynuujmy lunch — upomniał nas Brooks, przerywając kłótnię.
Spojrzałam na Romana z wściekłością, zła, że nie mogłam mieć ostatniego słowa.
— Hombre-puta.
— Musisz być taka rywalizacyjna? Nie możemy po prostu zjeść lunchu w spokoju? — jęknął Brooks. Wzruszyłam ramionami; to nie tak, że próbowałam zacząć z nim walkę. To po prostu przychodziło samo.
Nie pamiętam dokładnie, jak to się zaczęło ani dlaczego zaczęliśmy się nienawidzić; wiem tylko, że skaczemy sobie do gardeł, odkąd pamiętam, i to już nie ma znaczenia.
— To będzie długi dzień — westchnęła Lo.
















