Elena była wyczerpana. Nogi bolały ją od wielogodzinnego stania, głowa pulsowała od niekończącego się potoku wymagających klientów, a w duszy czuła pustkę po kolejnym dniu udawania obojętności.
W Onyx Lounge panował dziś straszny ruch i teraz marzyła tylko o tym, żeby złapać najbliższy autobus do domu, wczołgać się do łóżka i modlić się, aby jej matki i rodzeństwa nie było w pobliżu. Nie mogła sobie z nimi dzisiaj poradzić – z ich dramatami, ich ocenianiem i ciągłym przypominaniem o nazwisku, od którego tak desperacko pragnęła uciec.
Stała na przystanku autobusowym, kurczowo ściskając torbę i obserwując mijające ją jedne po drugich światła reflektorów. Nocne powietrze było chłodne, a wiatr targał kosmykami jej włosów.
Jej rozmyślania przerwał mruk silnika. Elena podniosła wzrok, zaskoczona, gdy tuż przed nią zwolnił i zatrzymał się elegancki czarny samochód sportowy. Jego reflektory zalały ją oślepiającym światłem. Zmrużyła oczy, robiąc krok w tył, gotowa w razie potrzeby rzucić się do ucieczki. Z drogich samochodów zatrzymujących się przy ludziach takich jak ona, nigdy nie wynikało nic dobrego.
Drzwi otworzyły się i wysiadł z nich Dominic Sterling.
Elenie zaparło dech w piersi.
Był nie tylko przystojny; był zabójczo przystojny. Górujący wzrostem, o szerokich ramionach, twarzy wyrzeźbionej niczym u greckiego boga i aurze pewności siebie, która wprost domagała się uwagi. Dominic Sterling był w każdym calu chodzącą zagadką, za jaką go uważano. Jego obecność była wręcz przytłaczająca; z rodzaju tych, które wybijają powietrze z płuc, zanim w ogóle zdasz sobie z tego sprawę.
Oparł się swobodnie o karoserię auta, wbijając w nią wzrok, jakby miał do dyspozycji cały czas tego świata.
– Hej – powiedział, a jego gładki głos przesiąknięty był nutą arogancji.
Elena zamrugała, niepewna, czy jej własny umysł nie płata jej figli. Spojrzała za siebie, dwa razy, pewna, że musi znajdować się tam ktoś inny, do kogo skierowane były te słowa. Przecież ktoś taki jak „Sterling” nie mógł zwracać się właśnie do niej.
– Mówię do ciebie, Wilder – stwierdził z drwiącym uśmieszkiem.
W jej głowie zapanowała kompletna pustka. Jedyne, co zdołała z siebie wydusić, to jąkanie. – C-co? Do mnie?
– Ta.
Elena jeszcze mocniej ścisnęła torbę. Spojrzała na niego, jakby właśnie oznajmił, że niebo jest zielone. – Dlaczego... dlaczego ze mną rozmawiasz?
Jego drwiący uśmiech się pogłębił, a potem, bez żadnego ostrzeżenia, rzucił: – Umów się ze mną.
Elena zamarła. Te słowa uderzyły w nią niczym grom z jasnego nieba. Dobrze usłyszała? Zamrugała szybko, czekając na puentę tego żartu, ale jego twarz pozostawała poważna, a wręcz rozbawiona.
– Słucham? – wykrztusiła. – T-ty przecież masz dziewczynę.
Dominic wzruszył ramionami, wsuwając dłonie do kieszeni. – Już nie. Zerwaliśmy. Sprawdź wiadomości, Wilder.
Bezczelny luz, z jakim to powiedział, sprawił, że poczuła się, jakby wkroczyła do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Jej umysł nie nadążał.
– Nie rozumiem – powiedziała drżącym głosem.
– Ile?
Elena zamrugała po raz kolejny. – Co?
– Zapytałem, ile chcesz za pójście ze mną na randki?
Przetworzenie jego słów zajęło jej sekundę. Opadła jej szczęka, gdy dotarł do niej sens. – Ty... chcesz mi zapłacić, żebym poszła z tobą na randkę?
– Być może – rzucił nonszalancko, jakby dyskutował o pogodzie.
– Dlaczego? – zażądała odpowiedzi, a jej zdezorientowany głos przybrał na sile. – Przecież nawet nie znasz mojego imienia!
– Wiem wystarczająco dużo, Wilder.
Boże, jak ona nienawidziła, gdy ktoś się do niej tak zwracał.
Elena poczuła złość przebijającą przez wyczerpanie. Dłonie opadające wzdłuż ciała zacisnęły się w pięści. – Nie – powiedziała stanowczo.
Dominic uniósł brew. – Co?
– Powiedziałam nie.
Przechylił głowę, szczerze zaskoczony. – Dlaczego?
Elena patrzyła na niego z niedowierzaniem. – Jak to dlaczego? Nawet mnie nie znasz. Nigdy wcześniej ze mną nie rozmawiałeś. A teraz nagle chcesz... co? Kupić mnie na randki? Kiedy ledwie wczoraj widziałam cię z dziewczyną!
– Nie mów mi, że mnie obserwowałaś, Wilder – stwierdził, a drwiący uśmiech powrócił na jego twarz.
– Chciałbyś – ucięła.
– Wierz mi, to bynajmniej nie leży w sferze moich marzeń – powiedział chłodno. W jego oczach zaiskrzyło rozbawienie. – Podaj swoją cenę, Wilder.
– Powiedziałam nie! – warknęła stanowczym głosem. – Nie możesz tak po prostu kupować ludzi, by chodzili z tobą na randki. Nie jestem zainteresowana.
Uśmieszek Dominica na ułamek sekundy zrzedł. Podszedł bliżej, przytłaczając ją swoją obecnością, gdy patrzył na nią z góry. – Jesteś z Wilderów – powiedział ściszonym głosem. – Przestań zachowywać się, jakbyś miała jakąkolwiek dumę.
Poczuła ucisk w klatce piersiowej, a gniew zaczął w niej wrzeć. – Zostaw mnie w spokoju, proszę – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Cofnął się, a jego uśmiech wrócił na miejsce jak idealnie skrojona maska. – Trzy randki, pięć tysięcy. Za każdą.
Oczy Eleny się rozszerzyły. – Co?
– Słyszałaś. Prześpij się z tym, Wilder.
I tak po prostu odwrócił się, wsiadł do samochodu i odjechał, zostawiając ją tam samą; oniemiałą, ze spowitą chaosem głową.
– Co do cholery?
















