Dominic Sterling słynął w Havenbrook z wielu rzeczy: swojego bogactwa, urody oraz reputacji niegrzecznego chłopca, którego każda opowieść próbowała uchwycić, lecz żadnej się to w pełni nie udało. Cierpliwość jednak nie figurowała na tej liście. A mimo to, dla Genevieve Ashford – swojej dziewczyny – próbował. Słowo "próbował" było tu kluczowe.
Onyx Lounge stanowił jego stałą wieczorną miejscówkę, idealną odskocznię przed nielegalnymi walkami. Choć akurat tego wieczoru nie powinno go tu być. Za niespełna dwie godziny miał walkę, ale były urodziny Genevieve. A Genevieve dostawała to, czego chciała – zazwyczaj.
Rozparł się wygodnie w loży, leniwie obracając szklankę z whiskey, i obserwował, jak Genevieve rozmawia z nową twarzą w Havenbrook. Jej błyszcząca sukienka opinała ją niczym druga skóra. Bezwstydnie ocierała się o niego ciałem – o Dicksona, czy jak mu tam było. Nowego w Havenbrook, który najwyraźniej nie miał pojęcia, kim jest Dominic.
Ten widok w ogóle mu nie przeszkadzał; nic, co robiła Genevieve, nie potrafiło tak naprawdę wyprowadzić go z równowagi. Ich związek karmił się chaosem. Uśmiechnął się półgębkiem, obserwując jej wybryki, czując głównie rozbawienie. Jak zwykle go sprawdzała.
Kiedy Genevieve w końcu zorientowała się, że jej gierki nie robią na nim wrażenia, podeszła do niego z wyraźnie wydętymi w podkówkę ustami.
– Nawet już nie bywasz zazdrosny – zamarudziła, opadając ciężko obok niego.
Dominic oderwał wzrok od szklanki, a jego głos był opanowany i chłodny. – Co mam zrobić, złamać nos jakiemuś biedakowi?
Mocniej wydęła wargi. – Od kiedy w ogóle obchodzą cię inni ludzie?
– Nie obchodzą.
– Właśnie do tego zmierzam! – Skrzyżowała ramiona, piorunując go wzrokiem. – Jesteś teraz taki... nudny.
Dominic mruknął w odpowiedzi, a jego uwaga znów powędrowała ku tłumowi. Wtem jego wzrok zatrzymał się na kimś. Wilderówna.
Śmiała się właśnie ze swoim współpracownikiem przy barze. Uśmiech rozświetlał jej skądinąd proste rysy, a uniform był schludny i skromny. Ten widok go zirytował.
Rozważał nawet poproszenie swojego kumpla, właściciela tego lokalu, by ją zwolnił, gdy tylko ją zatrudniono.
– Stary, po co zatrudniałeś Wilderównę?
– Jest ładna.
– To wciąż Wilderówna.
– Przestanie nią być, kiedy jej śliczne usta owiną się wokół mojego kutasa.
– Poważnie?
– Daj spokój, chcę zasmakować ich wszystkich.
Zamrugał, wracając do rzeczywistości, z napiętą szczęką. Wiedział o Wilderach wszystko. Wszyscy w Havenbrook wiedzieli. Rodzina, która nie miała prawa dłużej przebywać w tym mieście.
– Czuję, jakby nasza iskra wygasała.
Dominic westchnął, słuchając jej zaledwie w połowie, i pociągnął kolejny łyk drinka. – Mówisz to codziennie, mała.
– Tym razem mówię poważnie. Myślę, że potrzebujemy... więcej gier.
Uniósł brew, odstawiając szklankę. – Gier? Genevieve, przez cały październik bawiliśmy się w trójkąty. Co nam jeszcze zostało?
Pochyliła się do przodu, przyciskając usta do jego warg, i zniżyła głos do zalotnego szeptu. – Chcę, żebyśmy tym razem poszli w ekstremum.
Przechylił głowę, obserwując ją z łagodnym rozbawieniem. – Jesteś szalona.
– Oboje jesteśmy. – Uśmiechnęła się słodko, a w jej oczach błysnęła psota.
Westchnął i odchylił się do tyłu. – Jaki znów masz wielki plan?
– Zrywamy ze sobą na miesiąc – zaczęła, a jej uśmiech się poszerzył. – Każde z nas umawia się z kimś nowym. Ty sypiasz z nią, ja sypiam z nim.
Dominic wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. – Oficjalnie postradałaś zmysły.
– Och, daj spokój! Będzie fajnie – naciskała Genevieve. – Przecież i tak zawsze do siebie wracamy.
– A jaka jest korzyść z tej gry? Czy to tylko twoja pokręcona definicja zabawy?
– Żeby dodać pikanterii naszemu związkowi! – odparła, jakby to było oczywiste. – Poza tym... – dodała z puszczeniem oka – jeśli się nie zgodzisz, odmówisz mi mojego prezentu urodzinowego.
– Myślałem, że chciałaś szału zakupów w Paryżu? – przeciągnął leniwie.
Machnęła ręką. – Zmieniłam zdanie.
Dominic westchnął, pocierając skroń. – W porządku.
Genevieve wręcz pisnęła, wdrapując mu się na kolana, by go pocałować. – Dziękuję, skarbie!
– Już tego żałuję – mruknął prosto w jej usta.
– Okej, okej, wybierajmy! – powiedziała Genevieve, podskakując z ekscytacji. Jej oczy omiotły wnętrze klubu. – Nie ta. Ta też nie. Och – tamta!
Dominic powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem, a jego szklanka zamarła w powietrzu. Kiedy dostrzegł Elenę Wilder, o mało nie udławił się drinkiem.
– Wilderówna? – zapytał z niedowierzaniem.
Genevieve entuzjastycznie pokiwała głową. – Ta. Słyszałam, że jest inna niż jej siostry. Tristan nawet próbował do niej zarywać, ale go spławiła. Możesz to sobie wyobrazić? Może faktycznie stanowić dla ciebie jakieś wyzwanie.
Dominic stanowczo pokręcił głową. – Nie zbliżę się do nikogo z Wilderów, Genevieve.
– Ale jest śliczna – argumentowała.
– To wciąż Wilderówna.
– Dom, proszę?
– Nie, Genevieve. Nie włożę kutasa w Wilderównę.
Genevieve wydęła wargi, przenosząc uwagę na swoje paznokcie. – W porządku. Skoro nie chcesz się bawić, okej. Ale w takim razie moje urodziny są zrujnowane.
Dominic jęknął. Choć ich związek był maksymalnie popieprzony, kochał Genevieve. Dorastali razem, przechodząc od przyjaciół z dzieciństwa do kochanków. I choć doprowadzała go do szału, nie wyobrażał sobie bez niej życia.
– Dobrze – w końcu ustąpił.
Genevieve rozpromieniła się, rzucając mu się na szyję. – Tak! Dziękuję, skarbie! Dobra, teraz twoja kolej. Wybierz kogoś dla mnie.
Dominic odchylił się do tyłu, omiatając wzrokiem salę. Jego spojrzenie padło na Jeremy'ego – lokalnego biznesmena, który wkrótce miał stanąć na ślubnym kobiercu. Na jego ustach wykwitł złośliwy uśmiech. – Jego.
Genevieve zmarszczyła brwi. – Jeremy'ego? Czy on się przypadkiem nie żeni w przyszłym miesiącu?
– Jeszcze lepiej – odpowiedział gładko Dominic. – Sama mówiłaś, gra jest tym słodsza, im trudniej osiągnąć cel.
Genevieve wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Jesteś pokręcony, Dom.
– Jestem Sterlingiem, mała.
















