Złamana korona

Złamana korona

Autor: Aeliana Thorne

Rozdział czwarty
Autor: Aeliana Thorne
14 cze 2026
**Soren** Miałem dość. Dość nieustannych spojrzeń, szeptów, a zwłaszcza *jego*. Jeszcze przed zakończeniem konferencji – po jego skandalicznym występie na scenie – skierowałem się prosto do wyjścia, mając nadzieję, że uda mi się opuścić budynek bez kolejnego starcia z prasą albo moim ojcem. *Moje szczęście.* Skrzywiłem się. Foyer było zatłoczone przez dygnitarzy i asystentów. Przeciskałem się między nimi, przyklejając do twarzy uprzejmy uśmiech – byłem już prawie przy naszych prywatnych apartamentach, gdy niemal tuż przede mną zmaterializował się nieprzyjemnie znajomy głos, a wraz z nim burza ciemnych włosów. – Soren! – zawołał, bezczelny jak zawsze. Zesztywniałem, omiatając wzrokiem pozostałych gapiów. Czy on nie rozumiał, że to nie czas ani miejsce? – Po pierwsze – powiedziałem ostro – nie ma pan uprawnień, by za mną tutaj iść. A po drugie, proszę nie zwracać się do mnie po imieniu, panie Moretti. Usta Leandro wygięły się w ten doprowadzający do szału uśmiech. – No dobrze... niech będzie Książę Piękniś – powiedział głosem ociekającym sarkazmem. – Chciałem tylko dokończyć naszą małą pogawędkę. Tak szybko uciekłeś po konferencji. Zmrużyłem oczy. – Powiedział pan tam już wystarczająco dużo. Jeśli pana celem było publiczne mnie upokorzyć – mój głos podniósł się, co sprawiło, że ludzie zaczęli się obracać – czego nie potrafię pojąć, biorąc pod uwagę, że *dopiero co* się poznaliśmy... cóż, gratuluję. Odwróciłem się na pięcie, by odejść, ale zanim zdążyłem zrobić dwa kroki, złapał mnie za ramię. Kontakt jego skóry z moją wywołał we mnie dziwny dreszcz. O dziwo, chciałem, żeby jego dłoń tam została, chciałem tego ciepła. Pragnąłem go i chciałem dotknąć go w odpowiedzi. *Co się ze mną dzieje?* Gniew mieszał się z czymś innym, z czymś, czego nazwać nie chciałem. – Daj spokój, Pięknisiu – powiedział, brzmiąc teraz bardziej szczerze. – Nie bądź taki zły. Nie ma nic złego w dodaniu życiu odrobiny pikanterii od czasu do czasu... Zgromiłem go wzrokiem, wyrywając ramię z jego uścisku. – Puść mnie. Pan nic nie rozumie, prawda? Mój wizerunek – moja królewska pozycja – to nie jest jakaś gra. A gdybym chciał w życiu jakiejkolwiek pikanterii, gwarantuję, że nie pochodziłaby ona od *pana*. – Mój ton był lodowaty. – Następnym razem, gdy będzie pan chciał do mnie podejść, proszę umówić się na audiencję. Żegnam. Odwróciłem się i odszedłem szybkim krokiem, zanim zdążył wypowiedzieć choćby słowo. Krew we mnie wrzała, w głowie huczało od irytacji i – ku mojemu przerażeniu – błysku czegoś, czego absolutnie nie powinno tam być. W ogóle. W końcu dotarłem do swojego prywatnego apartamentu – z dala od kamer, dyplomatów i, co najważniejsze, z dala od Leandro Morettiego. Zatrzasnąłem drzwi i oparłem się o nie, wypuszczając sfrustrowany oddech. To powinien być koniec. Ale kiedy próbowałem się uspokoić, serce waliło mi tak, jakbym przed chwilą przebiegł milę. Nie mogłem o nim zapomnieć. Moretti. Ten przeklęty Włoch. *Kim on, do diabła, myśli, że jest? Jak śmie tak do mnie mówić przy tych wszystkich ludziach, a potem jeszcze za mną tu leźć?* – myślałem, chodząc tam i z powrotem. Jakbym był tylko jakąś marionetką, gotową ugiąć się pod każdą krytyką, którą we mnie rzuci. Nie byłem politykiem, którego mógł tak po prostu popychać, przynajmniej nie bez walki. Ale niech to szlag, ta bezczelność. Sposób, w jaki rzucił mi wyzwanie. Jakby to ze mną było coś nie tak, bo próbowałem bronić pracy mojej rodziny. *I to, jak na mnie patrzył... Jakby chciał mnie pożreć.* Przeczesałem palcami włosy, wpatrując się w nagranie odtwarzane na ekranie przede mną. Nagłówki krzyczały: *Książę wstrząśnięty wystąpieniem wygadanego gościa na szczycie klimatycznym* – i te niekończące się klipy, na których próbuję zachować spokój, podczas gdy ten włoski palant uderza we wszystko, co reprezentuję. Uderzyłem pięścią w biurko. *Co to, do diabła, było?* Jak on mógł tam tak wejść i rozmontować mnie z taką łatwością? Ten jego drwiący uśmiech, ta pewna siebie mina, jakby tylko czekał, aż wybuchnę. I te słowa. Nie mogłem przestać ich słyszeć. „Ile w tym wszystkim jest zwykłej gry pozorów?”, „Czy jest Pan po prostu kolejnym księciem z ładnym tytułem i ładną buzią?”. *Więc uważa, że mam ładną buzię?* Przyłapałem się na tym, że poczułem się schlebiany, zanim natychmiast się z tego otrząsnąłem. Ta czelność, znowu. Ten tupet. Ale nie mogłem okłamywać samego siebie. Było coś jeszcze. Coś, co skręcało mnie w środku, niczym fala żaru, której nie potrafiłem kontrolować. *Przestań, Soren, przestań*. Wiedziałem, co to jest. To było przyciąganie. To on, stojący tam z tym prowokującym błyskiem w oczach. Nie bał się mnie ani trochę. Co więcej, miałem wrażenie, że sprawia mu przyjemność to, jak się przy nim wiercę. I to mnie wkurzało... i podniecało. Wypuściłem gwałtownie powietrze, znów przeczesując dłonią włosy. Skup się. *Skup się*. – Wasza Wysokość – głos przerwał moje kłębiące się myśli. Mój doradca, Arvid, stał w drzwiach z napiętym wyrazem twarzy. – Musimy omówić kwestię ratowania wizerunku. Prasa już podchwyciła pańską... żywiołową wymianę zdań z panem Morettim. Pojawiają się głosy domagające się przeprosin lub doprecyzowania pańskiego stanowiska. Patrzyłem na niego przez chwilę, próbując oczyścić umysł z mgły frustracji. – Przeprosić? Za co? Za to, że broniłem się przed człowiekiem, który nawet nie rozumie złożoności tego, co staramy się osiągnąć? – Wasza Wysokość – powiedział, podchodząc bliżej. – Rozumiem Pana frustrację, ale tu chodzi o odbiór społeczny. Nie możemy sobie pozwolić na to, by postrzegano Pana jako osobę defensywną lub oderwaną od społeczeństwa. Przeprosiny pokazałyby siłę i pokorę. *Przeprosiny. Chyba sobie żartujesz...* Ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, było przepraszanie tego aroganckiego palanta. Nie był tego wart. Ale z drugiej strony... *może miał trochę racji?* Jego słowa... wciąż dźwięczały mi w uszach. Czy chodziło tylko o przemówienia? Czy składałem puste obietnice tylko po to, by dobrze wyglądać i podtrzymywać królewski wizerunek? *Nie. Nie mogę...* Uciąłem te myśli, zanim zapuściły korzenie. – Dobrze. Ale żadnych przeprosin. Wystarczy oświadczenie wyjaśniające. Nie chciałem się do tego przyznać, ale byłem sfrustrowany. I nieco wytrącony z równowagi. Niech go szlag za to, że tak na mnie wpłynął. Wtedy Arvid zrzucił bombę. – Pan Moretti umówił się na audiencję i poprosił o spotkanie – powiedział, uważnie mnie obserwując. – On również chce przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie. Zamarłem, mrużąc oczy. *W co on pogrywa? Szlag! Przecież sam mu kazałem umówić się na audiencję...* – Naprawdę? – wymruczałem. – I co, po prostu tu wejdzie, cały skruszony, a my zapomnimy o sprawie? Arvid odchrząknął. – Cóż... nie do końca. Poprosił o spotkanie z Panem na osobności, Wasza Wysokość. Sam na sam. Pojawił się lekki błysk zainteresowania. *Sam na sam?* Wstałem, mrużąc oczy. – Dobrze. Umów go. Chcę z nim porozmawiać. Żadnych przeprosin. Żadnych udawanych uprzejmości. Załatwię to po swojemu. Wewnątrz czułem, jak w moich żyłach pulsuje nieustanna adrenalina. Jeśli ten człowiek myślał, że może się z tego wykaraskać swoim urokiem, to grubo się mylił. Mimo to zdradziecka część mnie – być może ta sama, która poczuła ten żar na korytarzu – zastanawiała się, co Leandro Moretti tak naprawdę planuje. Odpędziłem tę myśl ostatnim rozkazem: *Nigdy nie trać czujności.* Bo kimkolwiek naprawdę był Leandro Moretti, na pewno nie bał się grać mi na nerwach. A ja zaczynałem się zastanawiać, co bardziej mnie irytuje: jego tupet czy to, jak bardzo maleńka część mnie chciała, żeby nie przestawał.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział czwarty – Złamana korona | Czytaj powieści online na beletrystyka