**Leandro**
Będę szczery – nie chciałem tu być. Konferencje polityczne? To nie moja bajka. Ani trochę. Ale oczywiście moja kochana matka – Przewodnicząca Rady Ministrów – uparła się, żebym przyjechał. Nie powiedziała tego wprost, ale jej ton krył to niewypowiedziane polecenie: *Zachowuj się, Leandro. Nie przynieś mi wstydu.*
Będąc w głębi duszy prawdziwym buntownikiem, zawsze jakoś dawałem się wciągać w te szopki, a wszystko w imię ochrony jej cennego wizerunku i unikania kolejnego kazania o tym, jak to muszę być bardziej odpowiedzialny i poważny. Bla, bla, bla.
*Dobre sobie.*
Ona najwyraźniej nie rozumiała, że nie zostałem ulepiony z tej samej sztywnej, zapiętej pod szyję gliny. Miałem dwadzieścia jeden lat, byłem wolny i cholernie z tego dumny. Życie nie było dla mnie szachownicą pełną wyliczonych ruchów i starannie rozmieszczonych pionków. Było sztuką – chaotyczną, nieprzewidywalną i dziką. Placem zabaw, który aż prosił się, bym zostawił na nim swój ślad. Żadnych planów, żadnych zasad, tylko ja, światła jupiterów i nowa przygoda czekająca za każdym rogiem.
No dobra, może i miałem słabość do mącenia w kotle... *Troszeczkę*. Czy to moja wina, że prasa uwielbiała robić spektakl z mojego „lekkomyślnego” stylu życia? I tak, przyznaję, czerpałem zbyt dużą frajdę z bycia w centrum uwagi. Media to kupowały. Kochali dzikiego, urokliwego syna włoskiej premier, który bawił się lepiej, niż pozwalały na to jego idealnie skrojone garnitury. A fakt, że doprowadzało to moją matkę do absolutnej szewskiej pasji? Tym lepiej.
Ale nie, dzisiejszy dzień był poświęcony jej, nie mnie. Dzisiaj musiałem wysiedzieć na konferencji, która gówno mnie obchodziła, słuchając jakiegoś sztywnego, nadętego księcia nudzącego o zrównoważonych innowacjach czy innych bzdurach, które nie miały absolutnie nic wspólnego z prawdziwym życiem – a co ważniejsze, ze mną.
Sprawdziłem już dwa razy godzinę, rozważałem udawanie omdlenia tylko dla dramatycznego efektu i byłem o krok od wysłania SMS-a do najlepszego kumpla, żeby zainicjował jakąś „nagłą sytuację”, kiedy coś – a raczej ktoś – przykuło moją uwagę.
Mało nie upuściłem espresso.
Soren. Szwedzki następca tronu.
*Jasna cholera.*
Nie jestem fanem przemówień, ale widok tego faceta? Przez sekundę serce mi mocniej zabiło. Jego postawa, ta niewymuszona, a jednak wyrafinowana elegancja – wszystko w nim wrzeszczało „perfekcja”, jakby został wyrzeźbiony z marmuru i przez pomyłkę przeniesiony o kilka stuleci do przodu. Biła od niego taka intensywność, że wszystko inne w sali stało się tylko szumem w tle.
I te oczy. Lodowoniebieskie, tak zimne i starannie kontrolowane, że mogłyby zamrozić całe Morze Śródziemne. Nie mogłem przestać się zastanawiać, ile w nim było prawdy, a ile tylko wielkiego królewskiego przedstawienia.
Stał tam, wyprostowany, całkowicie nieświadomy burzy, jaką wywoływał w mojej piersi. Ta jego ostra linia szczęki. Nieład ciemnoblond włosów, które mimo idealnego ułożenia wciąż miały w sobie ten urok w stylu *właśnie tak się obudziłem*. Jego usta... Chryste, te usta. Nie mogłem się powstrzymać od wyobrażania sobie, jakie byłyby w dotyku. Może bym je trochę przygryzł... *Albo mocno.*
I oto ja, uprzedmiotawiający szwedzką rodzinę królewską w sali pełnej dyplomatów. Nie był to mój najbardziej chwalebny moment.
I do diabła, w moich myślach nie miałem za grosz wstydu.
Wymagało to ode mnie nie lada wysiłku, żeby przestać się gapić jak jakiś zakochany nastolatek. Ale utknąłem tutaj, w tej zapomnianej przez Boga sali, przy stole pełnym snobistycznych elit, które nie miały pojęcia, jak żyć, a co dopiero, jak czuć. Nigdy nie zrozumieliby magnetyzmu kogoś takiego jak Soren. Prawdopodobnie myśleli, że to po prostu kolejny ładny chłopiec w zbyt ciasnym garniturze. Ale dla mnie? Kurwa, nie był ani trochę za ciasny... Widziałem, jak jest zamknięty w tej złotej klatce, walcząc o oddech, ale robiąc to z taką gracją.
Zauważył mnie. Byłem tego pewien, ale jakoś przeszedł nad tym do porządku dziennego. Nietypowe. Oparłem się wygodnie, niedbale zarzucając ramię na sąsiednie krzesło, a drugą ręką leniwie kręciłem pustą filiżanką po espresso na kolanach, tuż nad lekkim wybrzuszeniem. Nie chodziło o subtelność – nie byłem subtelny. Chciałem, żeby mnie widział.
Na ułamek sekundy pochwyciłem jego spojrzenie; jego błękitne oczy drgnęły w stronę mojego ruchu, zanim wróciły do moderatora. Ale ten moment wystarczył. Lekko przechyliłem głowę, posyłając mu ledwie dostrzegalny uśmieszek, jakbym chciał powiedzieć: *Tak, przyłapałem cię na patrzeniu.*
Jego szczęka zacisnęła się niemal niezauważalnie. *Intrygujące*. I nagle stracił wątek, potykając się na tekście.
Prawie się zaśmiałem. *Mam cię!* Ale wtedy zobaczyłem spojrzenie, jakie rzucił mu facet w pierwszym rzędzie. Zdałem sobie sprawę, że to jego ojciec, król, i prawie zrobiło mi się żal biedaka. Prawie.
Byłem cholernie pewien, że nienawidzi tam być. Przez co zapragnąłem sprawić, by poczuł coś innego. *Wszystko* inne!
Debata miała się zaraz zacząć, a ja już czułem narastającą we mnie ekscytację. *W końcu! Fajne wyzwanie.*
Dawno nie zainteresował mnie żaden obcy człowiek, ale tego tutaj chciałem, a nigdy nie potrafiłem być grzeczny, kiedy czegoś – lub kogoś – pragnąłem.
Tu nie chodziło tylko o złamanie go – chodziło o zdzieranie kolejnych warstw. Chciałem zobaczyć, co kryje się pod tą wypolerowaną powierzchnią. Albo pod tym eleganckim garniturem... O tak, zdecydowanie chciałem zobaczyć wszystko, co było pod tym mundurem. Zjeść ciastko i mieć ciastko. Zachichotałem cicho na tę myśl, zastanawiając się, czy on podzielałby moje poczucie humoru. Wyglądał na typ faceta, który nie grzeszy skłonnością do żartów.
Czy miał charakterek? *Och, pewnie wyglądałby tak seksownie, kiedy się złości*... A to dało się całkowicie zaaranżować. Zastanawiałem się, czy gdzieś głęboko drzemie w nim iskra buntu. *A jeśli nie, to czy ja mógłbym być tym, który wznieci ten ogień?*
Soren zaczął mówić, a jego głos był gładki jak jedwab i dwa razy bardziej niebezpieczny. W sali zapadła cisza, wszyscy byli urzeczeni tym samym urokiem, przez który musiałem przygryzać wnętrze policzka, żeby nie uśmiechać się jak idiota.
Chrzanić przemówienie. W mojej głowie już dawno wylądowaliśmy w łóżku. To była tylko kwestia czasu.
Jeszcze o tym nie wiedział, ale zamierzał dla mnie stracić głowę.
Zerknąłem na ludzi wokół. Zero konkurencji. *Dobrze*. Żaden z tych gości ani żadna z dziewczyn – nie wiedziałem, w którą stronę go ciągnie – nie dorastał mi do pięt. Fakt, że większość nawet nie śliniła się na jego widok, był tego najlepszym dowodem.
Gdy przemówienie Sorena dobiegało końca, pozwoliłem swojemu spojrzeniu spocząć na nim nieco dłużej, niż powinienem, prowokując go, by mnie zauważył. Jeszcze tego nie zrobił. Ale miałem czas. Zawsze go miałem.
Debata się zaczęła, a ja byłem gotowy. Soren *na pewno* mnie zauważy.
Zamierzałem go zjeść żywcem.
















