ZIA
Godziny znów mijały, ale czułam, jakby to była wieczność.
Siedziałam zwinięta w kącie pokoju, uparta i obolała, ignorując gryzący głód, który skręcał mi wnętrzności.
Za każdym razem, gdy drzwi się otwierały, był to ten sam mężczyzna co wcześniej – ten, który przyniósł tacę z jedzeniem i wymienił ją na świeżą, tylko po to, by znów wyjść w milczeniu.
Nigdy na mnie nie patrzył, nie powiedział już
















