Droga do domu upłynęła w ciszy, ale nie była ona krępująca.
Dominic prowadził, trzymając jedną dłoń niedbale na kierownicy; jego żyły wyraźnie odcinały się w blasku złotej godziny. Drugie ramię oparł o drzwi, jakby miał cały czas tego świata.
Boże, wyglądał tak niesprawiedliwie dobrze.
Serena milczała, ale jej wzrok raz po raz wracał do sińców. Teraz nie sposób było ich przeoczyć – gasnące światło
















