POV: Hazel.
Moje popękane, krwawiące kolana piekły od kontaktu z twardym dębem korytarza na piętrze. Ciągnęłam poszarpaną, szarą gąbkę po drewnie, a ostry, chemiczny zapach taniej cytrynowej pasty drażnił mój nos i wywoływał łzawienie oczu. Tam i z powrotem. Szorowanie, wycieranie, wyżymanie brudnej wody, powtórka. Była to otępiająca umysł, wyczerpująca praca, ale zarazem jedyny rodzaj obowiązku, który pozwalał moim myślom odpłynąć daleko poza klaustrofobiczne, przytłaczające ściany domu moich przybranych rodziców.
Śledząc słoje drewna, moje myśli błądziły wokół starych, szeptanych plotek, które często podsłuchiwałam podczas wyczerpujących nocnych zmian w lokalnym magazynie. Starsi pracownicy zawsze wymieniali się opowieściami o rozległym wszechświecie wilczych watah, przerażającym, magicznym królestwie, które rzekomo rządziło w cieniach świata poza naszymi przyziemnymi granicami. Mówiono, że dawno temu ten złożony i starożytny wilczy wszechświat został brutalnie rozbity na cztery odrębne i potężne frakcje. Zwykłam wyobrażać sobie Watahę Perłowego Księżyca, powszechnie znaną w całym królestwie jako niezłomnych obrońców pokoju. Podobno byli piękni i spokojni, wataha, która władała potężną, starożytną magią zasilaną przez święty kryształ Bogini Księżyca.
Ale pokój w świecie wilków nigdy nie trwał długo. Zdecydowanie odłączyli się od dominującej, podżegającej do wojny Watahy Żelaznego Księżyca. Wilki Żelaznego Księżyca były bezwzględne, napędzane rzezią i dominacją, więc historyczny, gorzki rozłam był nieunikniony. To ogromne pęknięcie sprawiło, że nastawiona na bitwy Wataha Żelaznego Księżyca miała poważne problemy z rozmnażaniem. Ich zahartowane w bojach geny były zbyt dominujące, co czyniło niemal niemożliwym rodzenie szczeniąt i utrzymanie ich liczebności, ostatecznie zmuszając ich do migracji do ludzkiego świata tylko po to, by przetrwać groźbę wyginięcia.
W wyraźnym kontraście, Wataha Perłowego Księżyca wycofała się w odosobnioną izolację głęboko w niezbadanych górach. Legenda głosiła, że Bogini Księżyca zapieczętowała ułamek swojej boskiej mocy w ich świętym krysztale. Cierpliwie czekali na przepowiedzianego nowego dziedzica, który przebudzi ich zapieczętowaną, uśpioną moc i poprowadzi ich z powrotem ku światłu. W ogromnej próżni tego nadnaturalnego przesunięcia sił, Watahy Obsydianowego i Karmazynowego Księżyca agresywnie urosły w siłę, by zdominować hierarchię. Był to wspaniały, przerażający świat alf, krwi i magii.
Ale nic z tej wspaniałej, starożytnej historii nie miało dla mnie znaczenia. Byłam tylko Hazel, niewiele znaczącym pyłkiem uwięzionym w żywym koszmarze. Szorowałam mocniej, czując, jak drzazga wbija się w moją otartą dłoń. Spojrzałam na wyblakły, tykający zegar na ścianie korytarza. Była dokładnie czwarta po południu. Normalne, szczęśliwe nastolatki kończyły właśnie w tej chwili swój dzień w szkole. Wyobrażałam sobie, jak wychodzą przez podwójne drzwi w blask słońca, rzucają swoje ciężkie plecaki na tylne siedzenia samochodów, wracają do domu, żeby coś przekąsić, albo wygłupiają się w lokalnym centrum handlowym ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi.
Nie ja. Ja byłam na kolanach, boleśnie polerując podłogi z twardego drewna, aż mogłam zobaczyć swoje zmęczone odbicie w lakierze. Rozpaczliwie próbowałam przygotować się na kolejną wyczerpującą, łamiącą kręgosłup nocną zmianę w miejscowym magazynie. Moje stopy już bolały na samą myśl o staniu na betonie przez dziesięć godzin. Mroźne przeciągi, duszący zapach wilgotnego kartonu i ciężkie, pełne drzazg pudła, które zdzierały mi paznokcie, były moją nocną rzeczywistością. Jedynym wybawieniem był litościwy współpracownik, który od czasu do czasu wsuwał mi w dłoń połowę zimnej kanapki, żeby mi w brzuchu nie burczało na tyle głośno, by odbijało się to echem w alejkach.
Zostałam adoptowana w czułym wieku trzech lat z zamykanego sierocińca, ale nigdy nie traktowano mnie jak córki. Byłam ściśle rzec biorąc przymusową służącą. Znęcająca się para, która podpisała moje dokumenty, trzymała mnie w domu tylko po to, by zabezpieczyć swój legalny pobyt w mieście, w którym w przeciwnym razie nie mieliby żadnych powiązań. Kiedy atrament na ich dokumentach wysechł, moje dzieciństwo się skończyło. Zimno i brutalnie wyciągnęli mnie ze szkoły zaraz po ósmej klasie, twierdząc, że wiem wystarczająco dużo, by wykonywać podstawowe polecenia. Ta izolacja poważnie zahamowała mój rozwój społeczny. Byłam uwięziona w tym ponurym domu i tym zamrażającym magazynie, co sprawiło, że stałam się boleśnie nieśmiała, odizolowana i niezdolna do spojrzenia nieznajomemu w oczy. Cicho i rozpaczliwie czekałam na ten ulotny dzień, w którym w końcu skończę osiemnaście lat, dzień, w którym potajemnie miałam nadzieję, że będę mogła spakować jedną torbę, wyjść przez frontowe drzwi i uciec od mojej żałosnej rzeczywistości na zawsze.
"Gdzie jest mój wczesny obiad, dziewczyno?!"
Szorstkie, roszczeniowe warknięcie głosu mojego przybranego ojca zniszczyło wyczerpującą ciszę popołudnia. Wzdrygnęłam się, a moja mokra gąbka zamarła na deskach podłogi. Moje serce zatrzepotało żałośnie ze strachu. Nie było jeszcze nawet pory na obiad, ale kłótnia z nim gwarantowała siniaka.
Niemal natychmiast jego równie okrutna żona wrzasnęła z korytarza na dole, a jej piskliwy głos odbił się echem na klatce schodowej. "Pospiesz się! Niedługo przyjadą ważni goście! Przestań się guzdrać!"
Podniosłam się, a moje sztywne stawy trzasnęły z protestem, i zbiegłam po schodach. Trzymałam głowę spuszczoną, mijając ją w korytarzu, unikając jej jadowitego spojrzenia. Wpadłam do ciasnej kuchni i szarpnęłam drzwi tragicznie pustej lodówki. Podmuch zimnego powietrza uderzył mnie w twarz, nie ujawniając niczego poza butelką przeterminowanego ketchupu i zwiędłą cebulą. Wczoraj oddałam jej moją wypłatę z magazynu, a ona nie kupiła nic pożywnego. Mój żołądek skręcił się ze znajomego głodu.
Zmuszona do improwizacji, rozerwałam drzwi spiżarni i chwyciłam tanią paczkę makaronu instant. Napełniłam zardzewiały garnek wodą z kranu i uderzyłam nim o kuchenkę, przekręcając pokrętło palnika na maksimum. Czekając, aż woda zacznie bulgotać, słuchałam, jak mruczą coś w salonie. Zanim makaron zdążył się choćby w pełni ugotować, ciężki, złowieszczy dzwonek do drzwi odbił się echem po domu.
Kiedy drzwi frontowe się otworzyły, atmosfera w domu natychmiast uległa zmianie. Trzech niewiarygodnie wielkich, groźnych mężczyzn weszło do ciasnego salonu. Ich sam rozmiar przytłaczał meble, a szerokie ramiona praktycznie ocierały się o futryny. Wyszłam z kuchni, wycierając wilgotne ręce w dżinsy, i zamarłam. Jeden z imponujących mężczyzn, wyraźnie przywódca, miał na sobie nieskazitelny, ciemny garnitur. Na jego jedwabnym krawacie wyhaftowany był wyraźny, przerażający herb. Oddech uwiązł mi w gardle. Przez całe życie starsi faceci z magazynu wyraźnie mnie ostrzegali, bym unikała ludzi noszących dokładnie ten symbol. Byli to egzekutorzy, załatwiacze, którzy działali we krwi i w cieniach.
Jego zimne, martwe oczy skrupulatnie mnie zmierzyły. Zeskanował moją kruchą sylwetkę, rejestrując moje zapadnięte policzki i workowate, znoszone ubrania. Głębokie rozczarowanie osiadło na jego szorstkich rysach.
"Jest znacznie chudsza, niż początkowo obiecywaliście" – mruknął do moich przybranych rodziców, a jego głos był niskim, żwirowatym dudnieniem, które wibrowało o moją klatkę piersiową.
Moja przybrana matka gorączkowo wymachiwała rękami, desperacko próbując uratować złowrogą transakcję. "Och, proszę nie zwracać uwagi na jej chudy wygląd! Ona nikogo w mieście nie zna. Jest odcięta, żyje poza radarem. Zapewniam pana, że jest bardziej myszą niż wilkiem. Uległe, żałosne stworzenie, które nie odważyłoby się podjąć walki."
Wystarczająco zadowolony z tego poniżającego opisu, przerażający mężczyzna sięgnął do swojego skrojonego na miarę płaszcza. Niedbale wyciągnął ciężką skórzaną teczkę i postawił ją z trzaskiem na stole w jadalni. Metaliczne kliknięcia zatrzasków zabrzmiały jak strzały z pistoletu. Otworzył ją, ukazując grube pliki świeżej gotówki.
"To tylko zaliczka" – stwierdził bezdusznie, a jego martwe oczy wbiły się w moje. "Resztę waszych krwawych pieniędzy otrzymacie, gdy zostanie pomyślnie sprzedana w miejscu jej ostatecznego przeznaczenia."
Krew ścięła mi się w żyłach. Czysty, nieskalany strach sparaliżował moje mięśnie. Sprzedana?
Rozpaczliwie cofnęłam się o krok, zwiększając dystans między sobą a masywnymi mężczyznami. Moje trampki zapiszczały na podłodze.
"Nie" – sapnęłam, a mój głos drżał gwałtownie. "Co? Co wy robicie?"
Dwóch z masywnych egzekutorów nagle rzuciło się do przodu. Wielkie, szorstkie dłonie zacisnęły się na moim kruchym ciele z miażdżącą siłą.
"Puśćcie mnie!" – błagałam gorączkowo, wykręcając tułów. "Proszę, puśćcie mnie! Co wy mi robicie?!"
Moje błagania były całkowicie bezużyteczne. Jeden z osiłków szarpnął za moje nadgarstki, brutalnie i boleśnie wykręcając mi ramiona do tyłu. Stawy moich barków krzyczały w agonii, blokując mnie mocno w miejscu. Otworzyłam usta, by krzyczeć o pomoc, by roztrzaskać szyby swoim płaczem, ale szorstki knebel z materiału został z siłą wepchnięty głęboko w moje usta. Szorstka tkanina rozdarła kąciki moich warg, gwałtownie ucinając moje przerażone krzyki. Zakrztusiłam się, czując smak brudu i potu na grubej szmacie.
Szamocząc się bezradnie z górą mięśni, która mnie trzymała, spojrzałam na moich przybranych rodziców. Modliłam się o błysk poczucia winy, o jedno spojrzenie wahania. Nie dostałam niczego. Nawet nie pofatygowali się, by rzucić w moim kierunku choć jedno winne spojrzenie. Zamiast tego byli całkowicie pochłonięci chciwością, złośliwie przeliczając grube pliki gotówki na stole, a ich kciuki przesuwały się po banknotach z chorym podnieceniem.
Mój przybrany ojciec nawet nie przejmował się tym, że jestem krępowana. Swobodnie wszedł do kuchni, całkowicie niewzruszony moim porwaniem. Usłyszałam, jak stuka widelcem o miskę.
"Pozwoliłaś, żeby ten tani makaron rozmókł" – zakpił z kuchni, a jego głos ociekał szyderstwem. "Co za idiotka."
Kupiec płynnie poprawił swój drogi krawat, z urzędu obserwując moje żałosne zmagania z wyrazem znudzenia. Chłodno zapewnił moich rodziców: "Dopóki sprzeda się za wystarczająco wysoką cenę na aukcji, reszta waszych zaległych długów zostanie ostatecznie uregulowana."
Bez dalszych ceregieli, brutal trzymający mnie za ramiona zmienił chwyt. Zostałam siłą podniesiona do góry, moje stopy oderwały się od ziemi. Agresywnie przerzucił mnie przez swoje szerokie ramię. Uderzenie pozbawiło moje płuca powietrza.
Gdy wynoszono mnie z salonu, wyciągano z jedynego piekielnego domu, jaki kiedykolwiek znałam, moje pełne łez oczy utkwiły w ścianie kuchni. Krzywo powieszony obok lodówki, znajdował się tam tani papierowy kalendarz. Moja przybrana matka zawsze skreślała dni grubym, czerwonym markerem.
Surowa, druzgocąca rzeczywistość dzisiejszej daty uderzyła w moje serce niczym fizyczny cios.
Dzisiaj były moje urodziny. Moje osiemnaste urodziny.
Podczas gdy każdy inny nastolatek w moim wieku radośnie świętował swoją nowo odkrytą wolność i wejście w dorosłość, mnie wynoszono przez frontowe drzwi jak kawałek mięsa. Mężczyźni przemaszerowali podjazdem do czekającego samochodu. Jeden z nich otworzył bagażnik. Zostałam agresywnie wrzucona w smoliście czarną, duszącą przestrzeń. Moje ramię uderzyło o twardą metalową podłogę. Zanim zdążyłam się choćby odwrócić, ciężka pokrywa zatrzasnęła się, pogrążając mnie w absolutnej ciemności. Zamek zatrzasnął się ciasno.
Przerażająca prawda osiadła na moim drżącym ciele, zaciskając się na moim gardle mocniej niż knebel. Zostałam sprzedana.
















