Gdy ekipa ratunkowa zniknęła, zostawiając mnie na niebezpiecznym odludziu, musiałam sama radzić sobie z powrotem do domu. Po raz pierwszy uznałam za szczęście fakt, że życie nigdy mnie nie oszczędzało i przetrwałam już znacznie trudniejsze sytuacje. Z pewnością, gdybym była jakąś kruchą księżniczką, usiadłabym na ziemi i wypłakałabym sobie oczy, drżąc ze strachu. Obecna sytuacja budziła we mnie raczej wściekłość niż rozpacz. Pomyślałam nawet, że byłoby całkiem nieźle spotkać po drodze jakichś zboczeńców czy agresywnych pijaków, na których mogłabym wyładować gniew. Niemniej wciąż miałam nadzieję, że trafi się ktoś na tyle uprzejmy, by podwieźć mnie do cywilizacji, choć sądząc po moim szczęściu tego dnia, szanse na to były bliskie zeru.
Droga była ciemna i całkowicie pusta. Używałam telefonu jako latarki, wracając trasą, którą wcześniej biegłam, i przeklinając w duchu swoją empatię, która wiecznie wpędzała mnie w kłopoty.
„Po co ja, do cholery, w ogóle tak daleko biegłam?!” – krzyczałam na siebie. „Powinnam była zażądać, żeby odwieźli mnie do domu! Skoro ten facet chciał mi dawać pieniądze, to dlaczego po prostu mnie nie podwieźli?! Co za wariaci!” – grzmiałam, dając upust frustracji.
Zajęło mi kolejną godzinę, zanim dotarłam do miejsca, które rozpoznawałam. Poczułam ogromną ulgę. Na szczęście nie byłam na tyle głupia, by skręcać na oślep i biegłam tylko prosto przed siebie. To oszczędziło mi konieczności pytania o drogę przypadkowych nieznajomych w środku nocy. Nawet nie chciałam myśleć, dokąd mogłoby mnie to zaprowadzić…
Idąc, wciąż rozmyślałam o pustym worku po krwi, który ci ludzie zostawili na poboczu. Zastanawiałam się z niepokojem, czy robili mu transfuzję w tak niehigienicznym otoczeniu. Jeśli tak, mogli zabić go skuteczniej niż wypadek czy choroba! Jednak im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wątpiłam, by chodziło o zwykłą transfuzję. Powinni zrobić tylko to, co niezbędne, by przeżył do momentu otrzymania właściwej pomocy…
„Przekleństwo! Powinnam była wezwać tę durną karetkę!” – dręczyłam się swoją decyzją, która przy każdym wspomnieniu wydawała mi się coraz głupsza.
W końcu dotarłam do domu. Byłam wyczerpana i niespokojna. Z jakiegoś powodu serce wciąż mi waliło. Nie mogłam przestać myśleć o moim przystojnym rycerzu o srebrnych włosach.
„Lilith, na miłość boską! Zrobiłaś to, o co prosił! Spłaciłaś dług! Przestań się torturować! Jego ludzie się nim zajmują i wszystko będzie dobrze!” – karciłam się, patrząc na swoje odbicie w łazienkowym lustrze.
Nawet nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo zależy mi na kimś, o kim nie wiedziałam zupełnie nic. Nie znałam nawet jego imienia. A jednak moja podświadomość desperacko szukała ukojenia i chciała uciszyć ten absurdalny lęk. Nieświadomie wyjęłam z szafy czarny płaszcz, który kiedyś mi zostawił. Otuliłam się nim i tak po prostu zasnęłam.
Przez kilka następnych dni odruchowo obracałam głowę za każdym razem, gdy widziałam na ulicy drogi czarny samochód. Może po cichu, idiotycznie liczyłam na to, że znów go spotkam.
„To niedorzeczne” – drwiłam z samej siebie. „Założę się, że po prostu przejeżdżał przez to miasto, a szansa na ponowne spotkanie go tutaj jest równa wygranej na loterii!”
Byłam na siebie zła za marnowanie myśli na coś tak błahego jak facet. Przecież nawet gdybym go spotkała, nie zmieniłoby to faktu, że całe moje życie było jedną wielką ucieczką. Jakikolwiek związek nie wchodził w grę. To był też powód, dla którego nigdy nie miałam kochanka ani przyjaciela. Nie miałam na to czasu. Dziewictwo straciłam z kimś, kogo uznałam po prostu za miłego, zdrowego i wystarczająco przystojnego. To był wyrachowany ruch. Myślałam, że w ten sposób obniżę swoją wartość jako „towaru”, który ojciec chciał sprzedać. Niestety, nic to nie zmieniło. Moje dziewictwo nigdy nie było istotną kwestią w oczach watahy. Oczywiście jako naiwna dwudziestolatka nie mogłam o tym wiedzieć.
To był jedyny raz, kiedy byłam z mężczyzną. Bardzo bolało, bo nie był tak delikatny, jak chciał, bym wierzyła. Myślałam, że wiem, na co się decyduję, ale przypominało to raczej gwałt. Gdy poczułam ból, chciałam, żeby przestał, ale on tego nie zrobił. Płakałam przez trzy dni po tej przygodzie na jedną noc. Potem nie było dnia, bym pomyślała o seksie z kimkolwiek. Dlatego nie mogłam uwierzyć, że wszystkie moje zmysły szaleją na samą myśl o tym srebrnowłosym mężczyźnie…
Musiałam czymś zająć umysł, żeby o nim nie myśleć. Zaczęłam brać nowe zlecenia i skoncentrowałam się na pracy. Dzięki temu stan mojego konta systematycznie rósł. Wkrótce standard mojego życia się podniósł. Choć wciąż uciekałam, mogłam wybierać bardziej komfortowe miejsca do życia i wynajmować większe, bezpieczniejsze apartamenty. Przestałam ukrywać się w małych miasteczkach i wioskach. Przy obecnych dochodach mogłam sobie pozwolić na przeprowadzkę do miasta, w którym mieszkała większość moich klientów – New Argent City.
Było to miejsce pełne prężnie działających firm i bogatych ludzi. Ceny mieszkań i koszty życia były tam astronomiczne. Mimo to każdy marzył o zamieszkaniu tam, bo oznaczało to bycie bogatym lub perspektywę szybkiego wzbogacenia się. Moi najbardziej wpływowi klienci od ponad pół roku namawiali mnie na przeprowadzkę. Oczywiście żadnemu nie chodziło o mój komfort. Wszyscy robili, co w ich mocy, by mnie zwerbować, abym pracowała wyłącznie dla jednego z nich. Kusili mnie astronomicznymi pensjami, samochodami czy luksusowymi apartamentami, ignorując fakt, że żaden z nich nie znał nawet mojego prawdziwego imienia. Założę się, że myśleli, iż gdy tylko zamieszkam w New Argent City, będą mogli się ze mną spotkać i mnie przekonać… Oczywiście nigdy nie mogłam przyjąć oferowanych przez nich stanowisk, ale sposób, w jaki mówili o tym mieście, sprawił, że sama chciałam tam zamieszkać, choćby na chwilę. W końcu łatwiej było zniknąć wśród setek tysięcy ludzi niż w miasteczku, gdzie wszyscy się znali…
Znalazłam mieszkanie przez internet. Nie było zbyt krzykliwe, za to dobrze zabezpieczone i stale monitorowane. Wpłaciłam zaliczkę, spakowałam rzeczy i ruszyłam do New Argent City, podekscytowana jak nigdy dotąd. Myślałam, że będę tam żyć bezpiecznie. Nie mogłam się bardziej mylić…
















