To był kolejny deszczowy dzień w Sunhaven. Nieustannie zastanawiałam się, kto do diabła nadał taką żałosną nazwę miastu, w którym pada przez ponad sto sześćdziesiąt dni w roku. Mieszkałam tu już od sześciu miesięcy i nadszedł czas, by ruszyć dalej. Czekałam tylko do końca miesiąca na wypłatę z Bistro Belladonna. Był dwudziesty ósmy września. Dobrze pamiętam tę datę, bo to właśnie tego dnia spotkałam GO po raz pierwszy...
W bistro nie było żadnych klientów, więc Mila i ja umierałyśmy z nudów. Sprzątnęłam już wszystkie stoliki i dwukrotnie przetarłam podłogę.
— Może Donna puści nas dzisiaj wcześniej? Kto chciałby wychodzić z domu w taką ulewę? — zapytała Mila.
— Nawet na to nie licz — zachichotałam, drwiąc z jej nadziei. — Nawet jeśli nikt nie zajrzy tu przez miesiąc, ona z radością znajdzie nam nowe miejsca do wyszorowania albo przyniesie farbę i każe przemalować ściany.
Mila zmierzyła mnie wzrokiem i cmoknęła z niesmakiem.
— Jesteś kompletnie pozbawiona zabawy, Lilith! — syknęła.
Pewnie uderzyłaby mnie ścierką, którą trzymała w dłoni, ale przerwał jej dźwięk dzwonka u drzwi. Wstrzymałyśmy oddech, licząc na klienta, który wybawi nas z tej dręczącej monotonii — ktoś, kto zostawiłby napiwek, byłby jeszcze lepszy. Oczywiście nasze nadzieje prysły wraz z widokiem naszych ulubionych sześcioletnich bliźniaków wchodzących do środka.
— Parker, Penny...? Dlaczego nie jesteście w szkole? — zapytałam, patrząc na dzieciaki w przemoczonych, żółtych płaszczach przeciwdeszczowych.
— Szkoła została zalana — poinformowała Penny z szerokim uśmiechem. — Chcemy czekoladowe muffinki Lilith!
Westchnęłam, kręcąc głową z niedowierzaniem, ale po chwili się uśmiechnęłam. Te dzieci były jak promyk słońca w tym ponurym mieście. Mieszkały z rodzicami tuż za rogiem i były naszymi stałymi gośćmi. Pomyślałam, że jeśli po wyjeździe będzie mi czegoś brakować, to właśnie tych dwóch wiecznie uśmiechniętych buziek.
— Upiekłam dzisiaj świeże — mrugnęłam do nich, poprawiając bawełniane rękawiczki, które zawsze nosiłam, i wyjęłam dwie muffinki z blachy. — Te są z białą czekoladą i malinami.
Dzieciaki natychmiast zaczęły jeść. Dosłownie pięć sekund zajęło im sprawienie, by muffinki zniknęły.
— Wow! Były super pyszne, Lilith! — zawołał Parker, oblizując czekoladę z małych paluszków.
— Cieszę się, że wam smakowały — uśmiechnęłam się do nich ciepło. — A teraz uciekajcie do domu. Wygląda na to, że deszcz będzie tylko przybierał na sile...
— Tak zrobimy, Lilith! — zawołały chórem.
— Uważajcie na siebie, skarby! — Mila pomachała im na pożegnanie, gdy wychodzili.
— Pa Mila! Pa Lilith! — usłyszałam ich słodkie głosy.
Zachichotałam i pośpiesznie przyniosłam mopa, by wytrzeć mokrą podłogę przy drzwiach i ladzie.
— Powinna płacić ci więcej. Donna, mam na myśli — stwierdziła Mila, opierając się leniwie o stolik przy drzwiach.
— Owszem, powinna — uśmiechnęłam się ironicznie.
— Mówię poważnie! Gdyby nie twoje ciasta i muffinki, nikt nie zaglądałby tutaj, żeby pić kawę z ekspresu, który psuje się co drugi dzień — stwierdziła, krzyżując ramiona na piersi.
— Ale to już nie ma znaczenia — odłożyłam mopa i stanęłam obok niej, żeby przekornie targać jej kręcone włosy. — Wyjeżdżam za dwa dni. Zabiorę pieniądze i opuszczę to miasto.
— Dlaczego?! To znaczy... wiem, że ta dziura jest beznadziejna, ale z tobą była nieco mniej beznadziejna — skrzywiła się Mila.
— Po prostu nie potrafię zbyt długo zostać w jednym miejscu... — westchnęłam.
— Jesteś jedną z tych osób, które próbują znaleźć swoje miejsce na ziemi, czy może ktoś cię ściga? — zaśmiała się.
Zaśmiałam się nerwowo, próbując ukryć fakt, że przypadkiem trafiła w sedno — w prawdziwy powód mojej ciągłej ucieczki. Na szczęście nie zauważyła mojej zmieszanej miny.
— W każdym razie, brawo ty! — Przygładziła włosy, przywracając je do ładu. — Szkoda byłoby, gdyby taka zdolna dziewczyna jak ty marnowała się tutaj dłużej. Ale będę tęsknić...
— Ja też będę tęsknić — uśmiechnęłam się, zabierając mopa na zaplecze.
Dzwonek nad drzwiami zadzwonił ponownie. Tym razem byli to Jared i Felix, dwaj miejscowi, którzy zawsze wpadali na kawę i ciasto tuż po zakończeniu zmiany przy pilnowaniu lokalnej fabryki.
— Leje jak z cebra! — syknął Jared, dosłownie ociekając wodą z kurtki.
— Na litość boską, Jared! Dopiero co przetarłam podłogę! — zawołałam poirytowana, znów przynosząc mopa z zaplecza.
— Ja to zrobię — zaoferowała Mila.
— Nie. Ja to zrobię. Ty po prostu podaj im kawę — mruknęłam.
Jared i Felix uśmiechnęli się niezręcznie, a potem skłonili przepraszająco w odpowiedzi na moje spojrzenie. Usiedli przy barze. Mila szybko podała im dwa kubki i nalała kawy z dzbanka. Oczywiście był to jeden z tych dni, kiedy ekspres znów wyzionął ducha.
Zaczęłam wycierać podłogę i wtedy zauważyłam, że dzwonek nad drzwiami jest przekrzywiony. Stanęłam na palcach, próbując go poprawić, wyciągając rękę tak wysoko, jak tylko mogłam. Nagle ktoś otworzył drzwi, popychając mnie i sprawiając, że straciłam równowagę.
„O Boże! Zaraz upadnę!” — pomyślałam, zaciskając oczy.
Jednak, ku mojemu zdziwieniu, nie upadłam. Wylądowałam w czyichś ramionach. Ostrożnie otworzyłam oczy i ujrzałam obłędnie przystojnego mężczyznę o dziwnych, srebrnych włosach i lśniących, szarych oczach. W przeciwieństwie do włosów, jego długie rzęsy były czarne jak noc.
— Czy jesteś moim aniołem...? — wymamrotałam, gapiąc się bezmyślnie na jego niesamowitą twarz.
Uśmiechnął się blado i pomógł mi stanąć na nogi. Dopiero wtedy dostrzegłam, że poza przystojną twarzą był też wysoki i miał świetną sylwetkę. Miał na sobie długi, czarny płaszcz, a pod spodem czarny garnitur. W niczym nie przypominał miejscowych. Przyglądał mi się w milczeniu, dopóki nie odzyskałam rezonu.
— Em... p-przepraszam... i... d-dziękuję! — wyjąkałam jak kompletna idiotka, wyraźnie pokazując, jak bardzo mnie speszył.
— Nie ma za co — odpowiedział głębokim, kuszącym głosem.
Następnie chwycił swój złożony parasol, minął mnie i usiadł przy stoliku w głębi bistro. Odwróciłam się, by wziąć dla niego menu z lady, i zobaczyłam Milę stojącą bez ruchu z szeroko otwartymi ustami.
— Ale on jest ciacho! — szepnęła, choć nie byłam pewna, czy wystarczająco dyskretnie.
— Cii! Opanuj się... choć trochę — skarciłam ją szeptem, biorąc kartę.
— Nie mogę... Chcę mieć z nim dziecko... teraz, jeśli to możliwe — oświadczyła, gapiąc się na niego tępym wzrokiem.
— Ja... powinnam przyjąć zamówienie — wymamrotałam i podeszłam do jego stolika.
— O co chodzi z tymi rękawiczkami? — zapytał nagle, patrząc na moje dłonie.
— Em... — zaśmiałam się nerwowo. — To tylko taki mój nawyk — odpowiedziałam, chowając ręce za plecy.
— Nawyk... — powtórzył z półuśmiechem.
— Co... podać? — zapytałam, próbując szybko zmienić temat.
— Może kawę? — odpowiedział nonszalancko.
— Nie polecałabym jej — uśmiechnęłam się niezręcznie. — Nasz ekspres jest zepsuty, więc mamy tylko taką z przelewowego, ale jej smak...
— Założę się, że kawa zrobiona przez ciebie będzie mi smakować — rzucił uwodzicielsko.
Nie potrafiłam powiedzieć dlaczego, ale sprawiał, że robiło mi się gorąco, a moje ciało drżało za każdym razem, gdy zerkałam w jego jasne oczy.
— Dlaczego... dlaczego uważasz, że moja kawa będzie ci smakować? — zaśmiałam się cicho. — Czy kiedyś jej próbowałeś?
Przyjrzałam mu się z ciekawością, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek go tu widziałam, ale szanse na to, bym zapomniała kogoś tak osobliwego, były bliskie zeru.
— Och, jestem pewien, że mi posmakuje — zachichotał i lekko polizał wargę. — Wiem to, bo pachniesz jak... słońce.
















