Ratunek o północy: Krew i srebro

Ratunek o północy: Krew i srebro

Autor: Elena Rossi

Rozdział 6 Na ratunek
Autor: Elena Rossi
31 maj 2026
Nerwowo ścisnęłam telefon nieznajomego, wsłuchując się w sygnał oczekiwania. W końcu ktoś odebrał. „Panie?! Gdzie pan jest?! Wszyscy szukają Waszej Wysokości!” – głos mężczyzny po drugiej stronie brzmiał gorączkowo. „Ym… h-halo?” – wykrztusiłam niepewnie. „Kto mówi?” – ton rozmówcy natychmiast się zmienił. „Jak weszłaś w posiadanie telefonu Pana?” – zapytał ostro. „Czy rozmawiam z… Lucienem Gothą?” – czekałam na odpowiedź, ale cisza uświadomiła mi, że to było głupie pytanie. „Pana… przyjaciel, pan czy… ktokolwiek to jest, miał wypadek samochodowy. Znaleźłam go. Powiedział, żebym nie dzwoniła po karetkę, tylko do pana…” – wyjaśniłam zdenerwowana. Lucien Gotha zamilkł na dłuższą chwilę. Sprawdziłam nawet, czy się nie rozłączył. „H-halo?” – mruknęłam, niecierpliwiąc się na jakąkolwiek reakcję. „Zlokalizowałem telefon. Czekaj tam. Będziemy na miejscu w ciągu maksymalnie dwudziestu minut” – oświadczył chłodno i zakończył połączenie. Chciałam coś dodać, ale zdążyłam tylko otworzyć usta i westchnąć, słysząc dźwięk odkładanej słuchawki. „Serio?! A co z „proszę czekać” albo „dziękuję za telefon”?! Za kogo on się uważa?!” – wymruczałam poirytowana. Spojrzałam na samochód i nieprzytomnego, srebrnowłosego faceta. Westchnęłam, zaciskając zęby. Dzwonienie do jakiegoś „Luciena Gothy” zamiast wezwania karetki wydawało mi się kompletnym szaleństwem. Poza tym, facet w aucie wyglądał, jakby już nie żył. „A co, jeśli ten Lucien Gotha przyjedzie i obwini mnie o śmierć swojego „pana”?” – zastanawiałam się gorączkowo. W odruchu instynktu postanowiłam przynajmniej wyciągnąć go z samochodu i spróbować reanimacji. Niezależnie od tego, jak bardzo ten srebrnowłosy sprzeciwiał się szpitalowi, zostawienie go bez próby ratunku wydawało mi się nieludzkie. Podeszłam do auta i szeroko otworzyłam drzwi od strony kierowcy. Chwyciłam go za ramiona i centymetr po centymetrze starałam się wysunąć go z pojazdu. Szukałam śladów poważnych obrażeń, ale krwawił wyłącznie z nosa i ust. Zauważyłam też krew pod jego paznokciami. „Co do diabła?! On jest na coś chory?” – zachodziłam w głowę, wyciągając jego bezwładne ciało. W końcu udało mi się go wydostać i położyć na poboczu drogi. Przyjrzałam się jego twarzy z bliska. Był oszałamiająco przystojny. Wyglądał wręcz jak anioł. Miał na sobie czarny, dopasowany garnitur i ciemnoszarą koszulę, co dodawało mu nieodpartego uroku. Nie rozumiałam samej siebie, ale w jakiś sposób każdy szczegół jego wyglądu wydawał mi się niesamowicie pociągający… „Powinnam sprawdzić, czy nie ma obrażeń pod koszulą…?” – pomyślałam niepewnie, biorąc głęboki oddech. Oczywiście natychmiast skarciłam się w myślach za tak dziwne refleksje wobec niewinnej ofiary wypadku. Zacisnęłam pięści, nakazując sobie powrót do racjonalnego myślenia. „Zdecydowanie muszę jeszcze raz sprawdzić puls, a potem zacząć masaż serca” – uznałam. Wyciągnęłam drżącą dłoń w stronę jego szyi. Nawet nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo się denerwuję. Być może przez to, że jego aura była obezwładniająca, nawet gdy leżał nieprzytomny na ziemi. Dotknęłam boku jego szyi, uciskając tętnicę szyjną. Jego skóra była zimna, jakby temperatura ciała spadła znacznie poniżej 36,6°C. Wtedy wyczułam puls, ale był dziwny… nienaturalnie wolny. Liczyłam – było to mniej niż dwadzieścia uderzeń na minutę. Moją głowę zalała fala pytań: „Nie powinnam robić resuscytacji tylko dlatego, że bicie serca jest wolne, prawda? Nawet jeśli bije słabo, to wciąż bije. A co, jeśli on jest w jakimś stanie hibernacji? Powinnam go ogrzać, czy to jego normalna temperatura? Czym on, do jasnej cholery, jest?!” Nagle dostrzegłam dziwne niebieskie linie, które zaczęły wykwitać wzdłuż jego żył i tętnic na szyi. Wiedziona niepohamowaną ciekawością, rozpięłam mu koszulę. Niebieskie linie były jeszcze wyraźniejsze na klatce piersiowej, sprawiając, że każde naczynie krwionośne stało się widoczne. Jego stan ewidentnie nie był skutkiem wypadku. To wyglądało na jakąś chorobę. Miałam tylko nadzieję, że ten Lucien Gotha naprawdę będzie w stanie mu pomóc… Nie miałam pojęcia, co mu dolega. Jego stan mógł być zakaźny, a mimo to czułam do niego nielogiczny pociąg. Delikatnie dotknęłam skóry na jego idealnie umięśnionej klatce piersiowej i przesunęłam palcami wzdłuż niebieskiej linii od tętnicy szyjnej w stronę serca. Zrobiłam to nieświadomie. Gdy dotarło do mnie, że go dotykam, szybko cofnęłam rękę, karcąc się w duchu. „Lilith, jesteś naprawdę napaloną zboczeńką!” – wyłajałam się, nie potrafiąc zrozumieć własnego zachowania. Zapięłam mu koszulę i dodatkowo okryłam klatkę piersiową marynarką. Zrobiłam to wyłącznie po to, by nie zrobić znowu czegoś głupiego, choć przed samą sobą tłumaczyłam to chęcią zapewnienia pacjentowi ciepła… Nagle zobaczyłam samochody jadące w naszym kierunku. Jeden wyglądał jak limuzyna, drugi był dużym vanem, a trzeci przypominał lawetę. Wszystkie były czarne, a ich światła niemal mnie oślepiły. Limuzyna zatrzymała się tuż obok mnie i nieprzytomnego mężczyzny. Pozostałe dwa auta zaparkowały tuż za nią. Z pojazdów zaczęli wysiadać ludzie. Wszyscy mieli na sobie czarne garnitury, przez co przypominali agentów służb specjalnych. Trudno było dostrzec ich twarze w blasku reflektorów. Poruszali się w ciszy, całkowicie ignorując moją obecność. Kilku z nich natychmiast podbiegło do srebrnowłosego. Reszta otoczyła całą ulicę, zabezpieczając teren wypadku. Ci, którzy podeszli do mężczyzny, nieśli opancerzone, aluminiowe walizki. Chciałam zobaczyć, co zamierzają zrobić, ale jeden z mężczyzn podszedł do mnie szybkim krokiem, zasłaniając mi widok. „To z panią rozmawiałem przez telefon?” – zapytał chłodno. „T-tak mi się wydaje… Pan jest Lucien Gotha, zgadza się?” – uśmiechnęłam się nerwowo. Mężczyzna postąpił krok naprzód. Jego postawa i gesty przypominały jakiegoś staroświeckiego arystokratę. Jasna cera i idealnie zaczesane ciemnobrązowe włosy nadawały mu wyrafinowany wygląd, jednak jego przytłaczająca pewność siebie sprawiała, że czułam się nieswojo. „Nazywam się Lucien Gotha. Byłbym wdzięczny, gdyby zwracała się pani do mnie z należytym szacunkiem” – syknął. „Czy raczy się pani przedstawić, proszę pani?” Jego arogancja sprawiła, że na skroni pulsowała mi żyłka. Z trudem utrzymałam sztuczny uśmiech, starając się powstrzymać irytację. „Nazywam się Lilith Fleming… panie Gotha” – wydusiłam. „Fleming… jak Alexander Fleming?” – zaśmiał się drwiąco. „Tak. Czy z moim nazwiskiem jest coś nie tak?” – burknęłam. „Skądże, pani… Fleming” – uśmiechnął się złośliwie, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. Poczułam lekkie zmieszanie. Nikt nigdy nie kwestionował moich licznych tożsamości i nazwisk, które wymyślałam przez lata. Skąd wiedział od razu, że to fałszywe nazwisko?! Uznałam, że powinnam jak najszybciej zmienić temat… „Czy… czy z nim będzie wszystko w porządku?” – wskazałam na srebrnowłosego, wychylając się zza jego prawego ramienia. Szybko przesunął się w prawo, znów blokując mi widok. „Stan Pana poprawi się, gdy tylko otrzyma lekarstwo” – stwierdził, wyraźnie poirytowany moją ciekawością. „Cóż to za lekarstwo?” – uśmiechnęłam się zaczepnie, chcąc mu celowo zagrać na nerwach. „To nie pani interes, pani Fleming” – syknął. „Cóż… poniekąd mój” – odparłam, patrząc mu prosto w oczy. „Jego stan nie został spowodowany wypadkiem, co oznacza, że jest chory. Jeśli to jakaś zakaźna choroba, nie uważa pan, że wypadałoby, abym o tym wiedziała?” „Och, zapewniam, że stan Pana nie jest łatwo przenoszony” – zachichotał. „Naprawdę? Więc co mu jest?” – nie miałam zamiaru odpuszczać. Pan Gotha westchnął. „Został otruty. Co więcej, jego telefon był wyłączony. Dzięki pani dotarliśmy tu na czas, by go uratować” – oznajmił sucho. „To było najgorsze „dziękuję”, jakie w życiu słyszałam” – wymruczałam pod nosem, rozdrażniona. „Proszę się nie martwić. Jestem pewien, że mój Pan będzie chciał panią wynagrodzić, gdy tylko odzyska przytomność. Jestem przekonany, że czek opiewający na odpowiednią sumę będzie w pełni satysfakcjonujący” – odpowiedział, ewidentnie słysząc moje narzekania. „Nie trzeba” – żachnęłam się. „Wasz pan uratował mi kiedyś życie. Może uznać to za spłatę długu wdzięczności”. „J-jak to, spotkała pani Pana wcześniej?!” – wybuchnął z przerażeniem, znów lustrując mnie wzrokiem. Jego nagła reakcja sprawiła, że wzdrygnęłam się i cofnęłam, ale zobaczyłam, że wpatruje się w moje oczy, niecierpliwie czekając na odpowiedź. Wzięłam głęboki oddech. „Przyszedł do bistro, w którym pracowałam, a potem pojawił się, gdy miałam kłopoty i wyciągnął mnie z… moich problemów” – wzruszyłam ramionami. Zauważyłam, że Lucien zaczął zerkać na boki mojej szyi. To dziwne, pełne pogardy spojrzenie sprawiło, że poczułam się, jakby podejrzewał mnie o coś brudnego, choć nie rozumiałam dlaczego. Mimo to, odruchowo zakryłam szyję dłońmi. Kiedy to zrobiłam, mlasnął językiem. „W każdym razie… my się wszystkim zajmiemy, więc może pani iść w swoją stronę, pani Fleming” – rzucił nonszalancko, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę reszty mężczyzn zgromadzonych wokół srebrnowłosego. Poziom jego bezczelności odebrał mi mowę. Gdyby mój mózg pracował szybciej, pewnie zdzieliłabym tę jego pewną siebie gębę. Patrzyłam, jak odchodzi, ze złością zaciskając zęby. Mężczyźni w garniturach przenieśli nieprzytomne ciało srebrnowłosego do wnętrza czarnego vana. Starannie spakowali też wszystkie aluminiowe walizki i odnieśli je do samochodów. W międzyczasie rozbite auto zostało już załadowane na lawetę. Nawet nie zauważyłam, kiedy to wszystko się stało. Wyglądało to jak jakaś tajna operacja. Ta myśl sprawiła, że przeszły mnie dreszcze. Miałam tylko nadzieję, że żaden z nich nie postanowi pozbyć się jedynego żywego świadka… Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna, niż oczekiwałam. Wszyscy nagle wrócili do samochodów, ignorując mnie tak samo, jak wcześniej. Pan Gotha odwrócił się na moment, by skinąć głową, co zapewne miało oznaczać „do widzenia”, a potem odjechali, zostawiając mnie samą na środku ciemnej i pustej drogi! Zajęło mi chwilę, zanim dotarło do mnie, w jak fatalnym położeniu się znalazłam. Dopiero gdy zostałam sama, słysząc jedynie cykanie świerszczy i pohukiwanie sów z pobliskiego lasu, mój mózg odzyskał sprawność, a krew zaczęła we mnie wrzeć. „Serio?! Nawet nie zapytaliście, czy chcę podwózkę do domu?!” – wrzasnęłam wściekle. Miałam ochotę w coś kopnąć, żeby rozładować furię. Na poboczu dostrzegłam kawałek plastiku, który po sobie zostawili. Fakt, że śmiecili, rozwścieczył mnie jeszcze bardziej. Zamachnęłam się nogą, posyłając plastik w powietrze. Dopiero wtedy zauważyłam, że to worek. Gdy go kopnęłam, wyleciało z niego kilka kropel płynu, które zaplamiły mój biały sportowy but. „Naprawdę?! Ten dzień nie mógł być gorszy!” – gotowałam się ze złości, wyjmując z kieszeni chusteczkę, by przetrzeć but. Nie widziałam dokładnie plamy, więc wyjęłam telefon i włączyłam latarkę. Chusteczka, którą wytarłam but, była cała czerwona. „Czy to… krew?” – przełknęłam głośno ślinę.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 6 Na ratunek – Ratunek o północy: Krew i srebro | Czytaj powieści online na beletrystyka