Kolejne kilka lat spędziłam na tułaczce po wielu miejscach. Nie napotkałam żadnych wilków, które mnie ścigały, ale też w żadnym miejscu nie zagrzałam miejsca dłużej niż trzy miesiące. Oczywiście w ten sposób trudniej było zarobić jakiekolwiek pieniądze. Dlatego zdecydowałam się otworzyć biznes online, który mogłam prowadzić bez ujawniania swojego prawdziwego imienia. Sprzedawałam porady inwestycyjne. Zawsze byłam dobra w przewidywaniu, jak rynek zareaguje na określone wydarzenia. Nawet moi nauczyciele nazywali mnie geniuszem w tej dziedzinie.
Właściwie biznes i giełda nie były moimi jedynymi specjalnościami. Mogłam z łatwością stać się najlepsza w dowolnym przedmiocie. Problem polegał na tym, że moja tak zwana „rodzina” nigdy nie pozwoliłaby mi zdobyć przyzwoitego dyplomu uniwersyteckiego... ani żadnego dyplomu w ogóle. Pozwolono mi jedynie ukończyć Liceum św. Anny, po wcześniejszym ukończeniu Kolegium św. Anny, po dorastaniu w Domu św. Anny... Tak, sytuacja między mną a moją „rodziną” zawsze była nieco osobliwa.
Z pewnością nie miałam żadnych dobrych wspomnień z dzieciństwa. Marzyłam o tym, by nie mieć żyjącej rodziny i mieć szansę na adopcję, jak każde inne dziecko mieszkające w sierocińcu. Co mogło być bardziej frustrujące dla dorastającego dziecka niż fakt, że zostało porzucone, a mimo to dziwnym trafem nie było zgody na jego adopcję?! Zastanawiałam się, jak to w ogóle możliwe, dopóki nie dowiedziałam się, że mój szanowny ojciec był w rzeczywistości założycielem Domu św. Anny. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie byłam wychowywana — byłam więziona i monitorowana.
Wszystko było lepsze niż życie w kajdanach. Życie nomady, a raczej uciekinierki, było o niebo lepsze, mimo że nieustannie oglądałam się za siebie. Minęło siedem lat, odkąd zaczęłam uciekać. Jeśli to właśnie musiałam robić, by cieszyć się wolnością do końca życia, chętnie płaciłam tę cenę.
Założenie firmy internetowej nie było proste, zwłaszcza że nie miałam nazwiska, dyplomu ani rekomendacji. Spędziłam mnóstwo czasu, wysyłając anonimowe maile do bogatych biznesmenów, prezesów firm i dyrektorów generalnych. Każdemu z nich dawałam jedną darmową radę. Gdy dowiadywali się, że moje przewidywania są trafne, zazwyczaj zostawali moimi klientami. Zaczęli przesyłać mi konkretne kwestie do analizy lub problemy do rozwiązania. Nigdy nie spotkałam żadnego z moich klientów w świecie rzeczywistym. Zawsze kontaktowałam się z nimi mailowo, a adres zmieniałam raz w miesiącu. Za każde zlecenie pobierałam opłatę zależną od stopnia trudności zadania, ale wykonanie pracy nigdy nie zajmowało mi więcej niż kilka godzin. Tak właśnie zaczęłam zarabiać pieniądze — duże pieniądze. Szkoda tylko, że nie miałam realnej możliwości ich wydawania.
Nigdy nie mogłam żyć zbyt wystawnie, starając się nie przyciągać uwagi, ale przestałam mieszkać w ruderach czy pracować w kawiarniach. Mogłam sobie pozwolić na markowe ubrania, ale kupowałam tylko to, co niezbędne do wygodnego życia. W mojej szafie wisiała jednak jedna kosztowna rzecz — czarny płaszcz, który zostawił mi mój srebrnowłosy rycerz.
Przez te trzy lata nigdy go nie spotkałam, ale ciągle o nim myślałam. Może dlatego, że uważałam go za swojego wybawcę, a nigdy wcześniej nikt inny nie ujął się za mną w taki sposób. To wydawało się surrealistyczne. Nie wspominając o tym, że był niesamowicie pociągający...
W całym moim życiu była tylko jedna osoba, która kiedykolwiek się o mnie troszczyła. Ktoś, kto nazywał siebie przyjacielem mojej matki — Ezra. Ezra stał się moim nauczycielem, oparciem i kimś w rodzaju ojca. Poświęcił się dla mnie, bym mogła uciec z mojego piekła. Od tamtej pory nie miałam z nim kontaktu, ale wciąż miałam nadzieję, że żyje. W końcu był jedynym światłem w świecie nieszczęśliwie porzuconego dziecka. Nikt oprócz Ezry nigdy nie wyciągnął do mnie ręki, a co dopiero absolutnie obcy człowiek.
W tamtym roku skończyłam 27 lat. Była wczesna jesień. Skończyłam ostatnie zlecenie i wysłałam wszystkie informacje klientowi. Musiałam odpocząć od liczb i statystyk, więc zdecydowałam się pobiegać. Zwykle biegałam kilka mil, by oczyścić umysł przed snem, ale tej nocy nie wiedziałam, dlaczego pobiegłam znacznie dalej...
Miałam dziwne przeczucie, że muszę się gdzieś dostać. Biegłam w nieznanym kierunku, aż znalazłam się za miastem na pustej drodze. Było ciemno, ale nie przestawałam biec nawet wtedy, gdy jedynym światłem stał się księżyc. Nagle dostrzegłam błyskające światła na poboczu drogi. Gdy podbiegłam bliżej, zauważyłam, że to samochodowy kierunkowskaz. Wzdrygnęłam się i podeszłam bliżej. To był czarny samochód, który uderzył w drzewo. Spod maski wydobywał się lekki dym.
— Halo! Czy ktoś potrzebuje pomocy?! — zawołałam ostrożnie, zbliżając się do pojazdu.
Nikt nie odpowiedział. Spojrzałam na przednie siedzenia przez rozbitą szybę. Za kierownicą siedział mężczyzna. Wyglądał na nieprzytomnego. Miał twarz zalaną krwią.
— Proszę, niech on żyje, niech żyje, niech żyje... — mamrotałam, podchodząc od strony kierowcy.
Chwyciłam klamkę. Drzwi były zablokowane. Siłowałam się przez chwilę, ale udało mi się je otworzyć. Gdy tylko zajrzałam do środka, zamarłam.
— Srebrnowłosy rycerz...! — wymamrotałam w panice.
Krew płynęła z jego nosa, ust, a nawet oczu, ale poza tym nie dostrzegłam żadnych poważnych obrażeń. Ręce mi drżały, gdy wyciągałam dłoń, by sprawdzić tętno. Moje palce niemal dotykały skóry jego szyi, gdy nagle chwycił mnie za rękę.
Krzyknęłam. Powoli otworzył zakrwawione oczy i spojrzał na mnie. Jego spojrzenie było przytłaczające i wypełnione dziwnym głodem. Patrzyłam na niego przerażona. Czułam, jakby serce miało mi zaraz wyskoczyć z piersi.
— Telefon... — powiedział cicho, wciąż mocno trzymając moją rękę.
— T-twój t-telefon? — wyjąkałam.
Lekko skinął głową i odrzucił moją dłoń.
— J-ja mam swój! Mogę zadzwonić po karetkę...
— Nie — uciął. — Mój telefon... szybko!
— W-wciąż masz zapięte pasy. M-może powinnam cię stąd najpierw w-wyciągnąć...
— Telefon! — syknął.
Jego ton był chłodny i władczy, mimo że wyglądał, jakby był na skraju śmierci. Postanowiłam z nim nie dyskutować. Pochyliłam się nad nim, próbując go znaleźć. To nie było łatwe zadanie. Domyślałam się, że szukam czarnego przedmiotu, ale problem polegał na tym, że szukałam go wewnątrz czarnego samochodu. Na szczęście znalazłam aparat leżący na podłodze przy siedzeniu pasażera, musiałam tylko po niego sięgnąć. Zerknęłam na niego. Znów zamknął oczy. Dotknęłam jego twarzy — była zimna jak lód.
— Hej! Nie zasypiaj! Znalazłam twój telefon! — krzyknęłam, próbując utrzymać go w świadomości.
— Daj... mi go — wymamrotał z zamkniętymi oczami.
Przez chwilę jeszcze raz przyjrzałam się jego ciału. Nie widziałam niczego groźnego, a jednak on słabł w oczach, choć mogły to być też obrażenia wewnętrzne. Czas uciekał. Choć szukanie telefonu wydawało mi się w tej chwili nierozsądne, postanowiłam dołączyć do tego szaleństwa i sięgnąć po to cholerne urządzenie.
Czułam się niezręcznie, ale nie miałam innego wyjścia, jak tylko pochylić się nad jego kolanami i wyciągnąć rękę. Górną częścią ciała dosłownie na nim leżałam, próbując wymacać podłogę przy siedzeniu pasażera. Nagle poczułam, że jego ciało drgnęło. Napiął mięśnie, jakby poczuł wzburzenie. Wzdrygnęłam się, pośpiesznie chwyciłam telefon i podniosłam się z jego kolan.
— M-mam twój telefon — oznajmiłam nerwowo.
Wyciągnął rękę, by go ode mnie odebrać, ale wtedy zaczął kaszleć krwią. Skrzywiłam się, ale musiałam mu jakoś pomóc. Logiczne było, by spróbować wyciągnąć go z tego samochodu. Nie pytając o zgodę, pochyliłam się nad nim i odpięłam pas.
— Odsuń się! — ryknął nagle.
Odskoczyłam od niego i zacisnęłam zęby.
— Próbuję ci pomóc! — wrzasnęłam.
— Zadzwoń... do Luciena. Powiedz mu... gdzie... — wymamrotał, po czym zamknął oczy.
— Hej! Proszę pana?! — krzyknęłam desperacko, ale przestał odpowiadać.
Ostrożnie pochyliłam się nad nim. Nie widziałam, by jego klatka piersiowa się poruszała. Zamarłam. Lekko wyciągnęłam rękę, by dotknąć jego policzka. Nie poruszył się. Głośno wciągnęłam powietrze.
— Wiedziałam, że powinnam wezwać tę cholerną karetkę! — wściekłam się, patrząc na jego nieprzytomne ciało.
Zaciskałam jego telefon w dłoni. Wtedy pomyślałam, że może nie jest za późno. Może ten Lucien Gotha to jego osobisty lekarz. Może on zdoła go uratować. Użyłam jego zimnego palca, by włączyć i odblokować telefon. Następnie znalazłam kontakt o nazwie „Lucien Gotha” i wybrałam numer...
















