Wydawało mi się, że tuż za rogiem dostrzegłam cień w kształcie wilka. Wzdrygnęłam się i pobiegłam w przeciwnym kierunku. Nie mogłam uwierzyć, że ci, którzy mnie szukali, dotarli tutaj tak szybko. To nie mógł być tylko zapach mojej krwi, który zdradził moją lokalizację. Musieli wiedzieć o tym od jakiegoś czasu.
„Czy to możliwe, że węszyły w mieście już wcześniej, a ja o tym nie wiedziałam?!” — zastanawiałam się w panice.
Stałam się nieostrożna. Nigdy wcześniej nie popełniłam tak głupiego błędu. Przez lata wywodziłam ich w pole, a jednak doprowadziłam do sytuacji, w której byłam nieprzygotowana.
„Muszę szybko dotrzeć do domu. Muszę zabrać moją torbę przetrwania, a potem dostać się na stację kolejową. Potem wyjmę pieniądze ze skrytki depozytowej na stacji i wyniosę się stąd do diabła” — planowałam w myślach, biegnąc.
Nagle usłyszałam głębokie warknięcie dochodzące z alejki tuż przede mną. Zatrzymałam się. Zobaczyłam trzy wilcze cienie złowrogo pojawiające się na ścianie budynku. Odwróciłam się i dostrzegłam dwa inne wilcze cienie w alejce za mną. Byłam otoczona. Westchnęłam i rzuciłam torebkę na ziemię. Potem stanęłam w pozycji bojowej i zacisnęłam pięści.
— Pięciu na jedną?! To niezbyt dżentelmeńskie z waszej strony! — zawołałam.
Wilcze cienie zaczęły zmieniać się w ludzkie sylwetki...
— Nie chcemy zrobić ci krzywdy, księżniczko. O ile nie dasz nam powodu — warknął głos dochodzący z alejki przede mną.
Trzech mężczyzn wyszło prosto na mnie. Wszyscy byli wysocy, a ich ciała były przepełnione mięśniami. Przełknęłam ślinę i jeszcze mocniej zacisnęłam pięści, pewnie stojąc na nogach.
— Po prostu się poddaj. Nie wygrasz z nami wszystkimi — usłyszałam od mężczyzny, który właśnie wyszedł z tylnej alejki.
Zbliżali się, szczerząc zęby i mierząc mnie wzrokiem z pogardą. Wzięłam głęboki oddech.
„Uspokój się, Lilith. Musisz się uspokoić. Celuj w czułe punkty. Dasz radę. Możesz z nimi walczyć i uciec” — mówiłam do siebie.
Stanęli wokół mnie kołem. Zerkałam na każdego z nich, obracając się i czekając, aż pierwszy zaatakuje.
— Spójrz, księżniczko. Nie musimy cię zabawiać. Poddaj się i chodź po dobroci. — Ten, który wyglądał na najsilniejszego, wyciągnął rękę w moją stronę z drwiącym uśmiechem.
Wykorzystałam tę okazję, by chwycić jego ramię i powalić go na ziemię, wykorzystując jego własną siłę przeciwko niemu. Jęknął z bólu.
— Jak śmiesz, ty marny człowieku! — ryknął inny i ruszył prosto na mnie.
Na szczęście jego pięść nie była wystarczająco szybka, by mnie trafić. Zrobiłam unik. Potem uderzyłam go w podbródek nasadą dłoni i wycelowałam w oczy. Zaryczał z wściekłości. Dwóch załatwionych, zostało trzech.
Kolejny zaatakował mnie od tyłu. Użyłam dłoni i łokci, by uwolnić się z jego uścisku, po czym odwróciłam się i uderzyłam go w splot słoneczny. Wiedziałam, że jeśli chcę przeżyć, muszę poruszać się jeszcze szybciej. Gdy tylko się schylił, minęłam go i zaczęłam uciekać. Pozostali dwaj ruszyli w pogoń. Wykrzesałam z siebie wszystkie siły, by przyspieszyć. Zaciskałam pięści, powtarzając sobie, że muszę im uciec.
Na chwilę odwróciłam głowę, by sprawdzić dystans. Była niewielka szansa, że nie dogonią mnie zbyt szybko. Uśmiechnęłam się pod nosem i jeszcze bardziej przyspieszyłam. Wiedziałam, że muszę dotrzeć za róg. Stał tam stary, opuszczony budynek. To było idealne miejsce na kryjówkę. Biegłam przed siebie, zaciskając dłonie. Byłam coraz bliżej. Jeszcze tylko kilka kroków i dotrę do budynku.
Nagle tuż przede mną pojawił się wysoki, rudowłosy mężczyzna. Uśmiechnął się nikczemnie, rozpościerając szeroko ramiona i blokując mi drogę. Rozpoznałam go natychmiast.
„Nie! Tylko nie on!” — krzyknęłam w duchu.
Odskoczyłam w bok, gorączkowo próbując znaleźć inną drogę ucieczki, ale on był znacznie szybszy niż tamci mężczyźni, którzy mnie ścigali.
— Gdzie myślisz, że idziesz, księżniczko?! — syknął, chwytając mnie za kołnierz.
Jego uścisk był tak silny, że niemal zaczęłam się dusić. Szarpnął mną do tyłu i cisnął o ziemię. Zerwałam się na nogi. Moją jedyną szansą był atak i ucieczka. Był zbyt wysoki, bym mogła celować w twarz, a moje kopnięcia mogły nie być wystarczająco silne i szybkie, by wyrządzić mu krzywdę. Zacisnęłam zęby, uderzyłam go w brzuch i szybko odskoczyłam. On tylko zachichotał, podczas gdy ja poczułam się tak, jakbym złamała rękę. Odwróciłam się, licząc na szansę ucieczki, ale pozostali mężczyźni już tam byli. Zostałam otoczona.
— Poddaj się, księżniczko. Jeśli postanowisz stawiać opór, będę musiał połamać kilka kości w twoim ładnym ciałku — rudowłosy zaśmiał się chłodno.
Dyszałam ciężko. Niezależnie od tego, jak ciężko trenowałam swoje ciało przez dwadzieścia lat życia, nadal nie byłam dla nich żadnym wyzwaniem. Mój ludzki organizm był u kresu wytrzymałości, ale poddanie się nie wchodziło w grę.
— Nie ma mowy, Derek. Jeśli mnie chcesz, będziesz musiał mnie zabić! — ryknęłam, stając ponownie w pozycji bojowej.
— Cóż... nie mów, że nie ostrzegałem — uśmiechnął się krzywo, po czym skinął głową mężczyznom za mną, dając znak do ataku.
Dwóch z nich chwyciło mnie za ramiona, próbując mnie obezwładnić. Nadepnęłam jednemu na stopę i podcięłam nogi drugiemu. Pomyślałam, że to moja szansa. Musiałam ją wykorzystać i uciec za wszelką cenę. Ruszyłam prosto przed siebie, ale wtedy Derek zagrodził mi drogę. Błyskawicznie chwycił mnie za szyję i uniósł do góry. Nie mogłam oddychać. Szarpałam się, próbując uwolnić się z jego dłoni zaciśniętej na moim gardle. Chwyciłam ją obiema rękami, ale nie byłam w stanie odgiąć ani jednego jego palca. Próbowałam kopać go nogami, ale brak tlenu w płucach szybko odebrał mi wszystkie siły. Śmiał się, czekając, aż przestanę stawiać opór. Z oczu zaczęły mi płynąć łzy. Nie chciałam się poddawać. Nie mogłam się poddać. Ale nie mogłam też wygrać...
Spojrzałam prosto w oczy Dereka. Chciałam, żeby wiedział, jak bardzo nim gardzę, zanim przestanę móc się poruszać, czując, jak życie powoli uchodzi z mojego ciała. W końcu rozluźnił uścisk, rzucając mnie na ziemię. Zaczęłam kaszleć i desperacko próbowałam napełnić płuca powietrzem. Kucnął tuż obok mnie.
— Gdybyś nie była tak cenna, zabiłbym cię już dawno temu — szepnął mi do ucha.
Leżałam na ziemi, walcząc o oddech. Nie mogłam zmusić się do wstania, choć zaciekle próbowałam. Derek wyciągnął z kieszeni strzykawkę i zębami zdjął osłonkę igły.
— Nie będę ryzykował twoich buntowniczych zagrywek, księżniczko. Prześpisz się smacznie podczas naszej drogi — zachichotał, wbijając igłę w moją szyję.
Próbowałam wyciągnąć igłę, ale było już za późno. Lek zaczął krążyć w moich żyłach. To bolało. Czułam się tak, jakby cała moja skóra zaczęła płonąć. Uniosłam głowę.
— Ty... sk*rwielu... — syknęłam słabo, zakrywając miejsce wkłucia.
— Cóż za wulgarny język, wasza wysokość? — drwił Derek. — Zadbam o to, by bardzo niedługo złamać twoją arogancję.
Natychmiast moje nogi stały się wiotkie. Ledwie mogłam poruszyć jakimkolwiek mięśniem. Mimo to wciąż walczyłam, by unieść górną część ciała na ramionach, jakby to mogło pozwolić mi poprawić moją beznadziejną sytuację. Po prostu musiałam coś zrobić...
Tamci okrutni ludzie chwycili mnie za ramiona i zaczęli ciągnąć w stronę tylnej alejki. Ostrość widzenia malała. Miałam wrażenie, że mój świat staje się coraz ciemniejszy. W głowie mi się kręciło.
— Puśćcie mnie... Uwolnijcie mnie... Pomocy... Niech ktoś pomoże... — mamrotałam, nieudolnie próbując wzmocnić głos.
Nagle zauważyłam szybko poruszający się czarny cień. Przemknął obok mężczyzn, którzy mnie wlekli, i zniknął za rogiem starego budynku.
— Głupie kundle — zaśmiał się złowieszczy głos.
Uniosłam oczy i zobaczyłam postać mężczyzny w długim czarnym płaszczu. Wysoki kołnierz płaszcza był postawiony, zasłaniając większość jego twarzy.
— Kim ty do diabła jesteś?! — wściekł się Derek.
— Nie musisz tego wiedzieć — zachichotał mężczyzna.
— Wynoś się stąd, jeśli ci życie miłe! — warknął jeden z ludzi Dereka.
— Nie mogę tego zrobić. — Mężczyzna w płaszczu podszedł bliżej, uśmiechnięty półgębkiem.
Człowiek Dereka rzucił się na mężczyznę w płaszczu. Podskoczył, chcąc go kopnąć, ale ten w płaszczu chwycił go za nogę jedną ręką i ją złamał.
— Jesteś trupem! — ryknął Derek w furii.
Mężczyzna w płaszczu wszedł głębiej w światło. Dopiero wtedy zdołałam dostrzec jego lśniące, srebrne włosy. To był ten sam człowiek, którego spotkałam w bistro! Westchnęłam głośno.
— Nie możesz mnie zabić — westchnął nonszalancko, po czym na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. — Ja już jestem martwy...
















