— Nie mogę za ciebie wyjść, Declan.
Słowa brzmią ostrzej, niż zamierzałam, niosąc się echem w ciszy kawiarni. Declan ledwo mruga; tylko mi się przygląda, spokojny jak zwykle, jakby tego oczekiwał. Czekam na jakąś reakcję, ale on jedynie unosi brew, rzucając mi to samo irytujące, nieprzeniknione spojrzenie.
— Jesteś tego pewna? — pyta, niespiesznie mieszając kawę. — Bo z mojego punktu widzenia to praktyczne rozwiązanie. Ty zachowasz pracę, a ja dostanę to, czego potrzebuję.
Kręcę głową, czując, jak tętno mi przyspiesza. — Przepraszam, ale nie mogę. Mam już chłopaka. I nie wierzę w małżeństwo bez… cóż, uczuć.
— Czy on wie, co się tutaj dzieje? — Pytanie Declana jest spokojne i zupełnie zbija mnie z tropu.
— To… to nie ma nic do rzeczy.
Wzrusza ramionami. — Dla mnie ma. Nie musisz odpowiadać teraz. Dam ci czas na zastanowienie.
— Nie — mówię, wstając. — Moja odpowiedź brzmi nie. I jest ostateczna.
On po prostu przytakuje, jakby to była najbardziej przewidywalna rzecz na świecie. — Dobrze, Sienno. Ale pamiętaj, moja oferta jest wciąż aktualna.
Nie daję mu kolejnej szansy, by mnie przekonał. Podjęłam decyzję — nie chcę mieć nic wspólnego z jego dziwną propozycją.
---
Po wyjściu z kawiarni łapię się na tym, że przeglądam telefon, aż trafiam na imię Bryce’a. Mimo wszystkiego, co się między nami wydarzyło, część mnie wciąż ma nadzieję, że uda nam się to naprawić. To głupie, ale wmawiam sobie, że to, co się stało, było tylko błędem, potknięciem na drodze.
Biorę głęboki oddech i ruszam do jego mieszkania.
Kiedy docieram na miejsce, drzwi są lekko uchylone. Pukam cicho, ale nikt nie odpowiada, więc pcham je mocniej i wchodzę do środka. Z głębi korytarza dobiega cichy śmiech — kobiecy śmiech. Żołądek wywraca mi się na drugą stronę, ale tłumaczę sobie, że to tylko paranoja. Do czasu, aż słyszę go ponownie, tym razem z sypialni.
Idę korytarzem, a każdy krok wydaje się cięższy od poprzedniego, aż docieram do drzwi. Widzę go teraz, splecionego z kimś innym na łóżku. I nie jest to ta kobieta co wcześniej. To ktoś zupełnie inny.
— Bryce? — dławię się słowami, w moim głosie miesza się wściekłość z niedowierzaniem.
Zastygają w bezruchu, a on podnosi wzrok, kompletnie zaskoczony. Kobieta nerwowo zbiera swoje ubrania, rzucając mi przepraszające spojrzenie, gdy wybiega z pokoju i znika za drzwiami. Ledwo ją zauważam, całą uwagę skupiając na Bryce’u, który teraz siada na łóżku i patrzy na mnie, jakby to ze mną było coś nie tak.
— Sienno — wzdycha, jakby to była w jakiś sposób moja wina.
— Ty tak na poważnie, Bryce? — syczę, czując, jak głos drży mi z gniewu. — Myślałam, że to, co stało się wcześniej, było błędem. Naprawdę myślałam, że może zrobiłam coś nie tak, że to ja byłam problemem. Ale teraz widzę, co tu się dzieje — jesteś po prostu zwykłą męską dziwką.
Wzrusza ramionami, wkładając koszulę z irytującą nonszalancją. — Słuchaj, Sienno, nie sądzę, żeby to nam wychodziło. Nie mogę dłużej w to brnąć.
— W co dokładnie? — Moje dłonie są zaciśnięte w pięści, głos drży przy każdym słowie. — Myślałam, że jesteśmy w związku. Ale ty najwyraźniej nie jesteś zdolny do żadnego prawdziwego zaangażowania.
Wywraca oczami, ledwo na mnie patrząc. — Przesadzasz. To nie było nic poważnego.
Otwieram usta, by odpowiedzieć, ale nie ma już nic do powiedzenia. Odwracam się i wychodzę, trzaskając drzwiami. W piersi czuję bolesną pustkę, ale miesza się ona z palącą wściekłością i poczuciem zdrady, które sprawia, że odchodzę szybkim, zdecydowanym krokiem.
--
Droga powrotna do mieszkania jest jak przez mgłę. Ledwo dociera do mnie to, co się właśnie wydarzyło, a kiedy docieram do siebie, telefon wibruje mi w kieszeni. Sprawdzam ekran — mama.
Biorę głęboki oddech, zmuszając się do radosnego tonu. — Hej, mamo.
— Kochanie, co u ciebie? — Jej głos jest ciepły, ale słychać w nim napięcie, co chwyta mnie za serce. — Chcieliśmy tylko sprawdzić, jak sobie radzisz.
— Wszystko w porządku — mówię, odsuwając na chwilę problemy na bok. — Po prostu… wiesz, dużo pracy.
— Och, to wspaniale. — Waha się, po czym wzdycha. — Posłuchaj, skarbie, nie prosiłabym, gdyby to nie było pilne, ale mamy teraz spore problemy finansowe. Gdybyś mogła nam choć trochę podesłać, to by nam bardzo pomogło.
Serce mi zamiera, mocniej ściskam telefon. — Oczywiście, mamo. Zobaczę, co da się zrobić.
Rozmawiamy jeszcze chwilę, staram się brzmieć pogodnie, ukrywając narastający stres. Kiedy się rozłączamy, opadam na kanapę, wpatrując się w podłogę, podczas gdy rzeczywistość uderza we mnie ze wszystkich stron. Rachunki, rodzina, praca… Potrzebuję tej pracy bardziej niż kiedykolwiek.
Moje myśli wciąż wracają do oferty Declana. Chcę ją odrzucić, ale nie mam innego sposobu, by utrzymać to wszystko w całości. Moim jedynym wyjściem jest teraz to, którego nie chciałam brać pod uwagę.
Muszę przyjąć jego ofertę.
---
Następnego ranka idę do biura, a każdy krok wydaje się coraz cięższy. Gdy docieram do korytarza prowadzącego do gabinetu Declana, dostrzegam Tessę przy pokoju socjalnym. Jej oczy mrużą się na mój widok, a ona krzyżuje ramiona z triumfującym uśmiechem.
— Sienno — prycha. — Myślałam, że już cię tu nie ma. Nie znasz swojego miejsca?
Idę dalej, ignorując jej słowa. Ale tuż przed tym, jak mam ją minąć, zatrzymuję się i odwracam do niej ze spokojnym uśmiechem. — Znam swoje miejsce, Tesso. Właśnie dlatego tu jestem. Może ty powinnaś zacząć martwić się o swoje.
Otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Po raz pierwszy brakuje jej słów. Pozwalam sobie na mały, satysfakcjonujący uśmiech i idę dalej do gabinetu Declana.
Kiedy wchodzę do środka, Declan siedzi za biurkiem i podnosi wzrok. W jego oczach widać błysk satysfakcji, ale nic nie mówi, czekając, aż to ja zacznę.
— Zrobię to — mówię, wytrzymując jego spojrzenie. — Ale mam warunki.
— Mów — odpowiada, splatając dłonie na blacie.
— Po pierwsze, żadnej intymności. Żadnej. Po drugie, śpimy w oddzielnych pokojach. Po trzecie, moja rodzina nigdy nie może dowiedzieć się, że to udawane. A kiedy to wszystko się skończy, wracamy do swoich żyć. Bez komplikacji, bez dramatów.
Przytakuje bez wahania. — Zgoda.
Następnie bez słowa otwiera szufladę, wyjmuje gruby kontrakt i kładzie go na biurku przede mną.
Gapię się na dokument z uniesionymi brwiami. — Miałeś to gotowe?
Odchyla się na fotelu, a na jego ustach błąka się cień uśmieszku. — Wiem, jak bardzo kochasz swoją pracę, Sienno. Byłem prawie pewien, że nie zrezygnujesz z niej tak łatwo.
Moja szczęka zaciska się, ale nic nie mówię, sięgając po kontrakt. Przeglądając dokument, zauważam klauzulę stwierdzającą, że musimy pozostać małżeństwem przez rok. Rok. Biorę głęboki oddech, biorę pióro i podpisuję.
Odłożywszy pióro, spoglądam na Declana, a w mojej głowie kłębią się pytania. — Wiem, dlaczego ja to robię — nie mam wyjścia. Ale dlaczego ty to robisz? Co ty z tego masz?
Wyraz jego twarzy zmienia się, stając się trudniejszy do odczytania. — To… skomplikowane. Powiedzmy, że to leży w interesie nas obojga.
Marszczę brwi, szukając odpowiedzi na jego twarzy, ale on tylko uśmiecha się tym swoim zagadkowym uśmiechem.
Wyciąga dłoń. — Witaj na pokładzie, Sienno. Przygotuj się na bycie panią Sterling.
















