Po wyjeździe Leo w domu zapanowała niemal upiorna cisza. To było tak, jakby ktoś pstryknął przełącznikiem i wyciszył tornado energii, które wirowało przez pokoje przez ostatnie dwa dni. Stałam w salonie, oceniając pobojowisko. Poduszki były rozrzucone na podłodze, jeden z samochodzików Leo utknął pod kanapą, a na stoliku kawowym został blady ślad po bitej śmietanie, którego żadne z nas nie raczyło
















