Zakochałam się w bracie mojego chłopaka, który służy w marynarce. "Co ze mną jest nie tak? Dlaczego w jego pobliżu moja skóra wydaje się zbyt napięta, jakbym miała na sobie sweter o dwa rozmiary za mały? To tylko nowość, powtarzam sobie stanowczo. To brat mojego chłopaka. To rodzina Tylera. Nie pozwolę, by jedno chłodne spojrzenie to zniweczyło. ** Jako tancerka baletowa, moje życie wygląda idealnie - stypendium, główna rola, słodki chłopak Tyler. Do czasu, gdy Tyler pokazuje swoje prawdziwe oblicze, a jego starszy brat, Asher, wraca do domu. Asher jest weteranem marynarki wojennej z bliznami po bitwach i zerową cierpliwością. Nazywa mnie "księżniczką", jakby to była obelga. Nie znoszę go. Kiedy kontuzja kostki zmusza mnie do powrotu do zdrowia w rodzinnym domu nad jeziorem, utknęłam z oboma braćmi. To, co zaczyna się jako wzajemna nienawiść, powoli przeradza się w coś zakazanego. Zakochałam się w bracie mojego chłopaka. ** Nienawidzę takich dziewczyn jak ona. Roszczeniowe. Delikatne. A jednak... Jednak. Obraz jej stojącej w drzwiach, mocniej przyciskającej kardigan do wąskich ramion, próbującej się uśmiechnąć przez zakłopotanie, nie opuszcza mnie. Podobnie jak wspomnienie Tylera. Zostawił ją tutaj bez chwili zastanowienia. Nie powinno mnie to obchodzić. Nie obchodzi mnie to. To nie mój problem, jeśli Tyler jest idiotą. To nie moja sprawa, jeśli jakaś rozpieszczona mała księżniczka musi wracać do domu po ciemku. Nie jestem tu, żeby nikogo ratować. Zwłaszcza nie ją. Zwłaszcza nie kogoś takiego jak ona. Ona nie jest moim problemem. I dopilnuję, żeby nigdy się nim nie stała. Ale kiedy moje oczy spoczęły na jej ustach, zapragnąłem, żeby była moja.

Pierwszy Rozdział

Światła w studiu brzęczą nad głową, ostre i zimne, jak wszystko w tym miejscu. Lustra wyłożone wzdłuż ścian wyłapują każdą skazę, każde mignięcie zwątpienia, każdy krok postawiony choćby o pół sekundy za późno. Już się pocę, kark mam wilgotny, a dłonie lepkie wewnątrz różowego atłasu moich point. Wybijam się do jeté i ląduję źle. Nie tragicznie. Ale wystarczająco źle. – Jeszcze raz – mówi Madame Loretto głosem ostrym jak stukot jej laski o podłogę. Wracam gwałtownie do pozycji. Serce wali mi już zdecydowanie za szybko. Czuję, jak każda para oczu w sali przesuwa się na mnie – subtelne spojrzenia, ukradkowe uśmieszki, ten rodzaj wzroku, którym obdarzasz kogoś krwawiącego, ciesząc się, że to nie ty. Ruszam ponownie. I znów pudłuję. Niewiele. Zachwianie przy lądowaniu. Ułamek taktu za muzyką. Błąd, którego nikt by nie zauważył – poza Madame Loretto. Pianino urywa grę ostrym, dysonansowym dźwiękiem, gdy nauczycielka odwraca się na pięcie. – Penelope Vale. – Jej ton jest znużony. – Czy jesteś tu nowa? Złączam pięty, broda w górę, ramiona proste. – Nie, Madame. – Czy jesteś kontuzjowana? – Nie, Madame. – Zatem musisz być leniwa. – Kląska językiem. – To rozczarowujące. Cisza się przeciąga. W uszach mi dzwoni od wysiłku, by utrzymać cichy oddech. – Uczę cię od trzech lat – mówi, przechadzając się powoli przed lustrami, a jej odbicie ciągnie się za nią jak duch. – Trzy lata. Miałaś ile, szesnaście lat, kiedy tu przyszłaś? A teraz masz dziewiętnaście, wciąż tu jesteś i wciąż masz szczęście, że w ogóle wpuszczam cię do tego studia. Jesteś najmłodszą dziewczyną w tej klasie o całe cztery lata. Rozumiesz, jakie to rzadkie? Jakie masz szczęście, że w ogóle tańczysz w tej sali? – Tak, Madame. – To dlaczego to marnujesz? – Jej głos się podnosi, nie na głośności, ale na ostrości. – Tańczysz, odkąd skończyłaś dwa lata. Siedemnaście lat treningu, a wciąż lądujesz tak, jakbyś nie rozumieła grawitacji. Przesłuchania do Wiosennej Gali są w przyszłym tygodniu, a ty tańczysz, jakbyś już przegrała. Gardło mam ściśnięte. Kręgosłup sprawia wrażenie, jakby miał pęknąć od tego, jak sztywno się trzymam. – Chcesz to solo? – pyta. – To zachowuj się jak ktoś, kto na nie zasługuje. W przeciwnym razie dam je komuś z połową twojego talentu, ale podwójną dyscypliną. Długa cisza. Zwraca się do pianisty. – Pięć minut przerwy. Wszyscy. Penelope, usiądź. Opadam na podłogę, przyciskając dłonie do chłodnej wykładziny, żeby ukryć ich drżenie. Mila jest przy mnie sekundę później, z kolanami podciągniętymi pod brodę, a jej głos jest cichy. – Dobra, co to było? Nie patrzę na nią. Gapię się prosto w lustro, w którym moja twarz wygląda na zbyt bladą i zbyt napiętą. – Ty nie zawalasz takich rzeczy – mówi. – Nigdy. Dosłownie robiłaś to przez sen na tym nocnym maratonie zeszłej jesieni. Co się dzieje? Wypuszczam powietrze. Powoli. Kontrolowanie. – Ty zapomniał mnie odebrać po zajęciach. Mruga. – Tyler? Kiwam głową. – Czekałam jakieś dwadzieścia minut, ale pomagał jakiejś dziewczynie w nauce i zapomniał. Musiałam biec sześć przecznic i przebierać się na korytarzu, żeby zdążyć na czas. Usta Mili wykrzywiają się. – To już, który, czwarty raz? – Piąty. Nie mówi rzuć go, ale ma to wypisane na twarzy. – Powiedział, że przeprasza – dodaję, choć właściwie nie wiem po co. – Po prostu... wyleciało mu z głowy. – Wyleciało z głowy? – powtarza Mila. – W tygodniu twoich przesłuchań do Gali? Kręcę głową, przyciągając kolana do klatki piersiowej. – Jest okej. Po prostu jestem rozkojarzona. Naprawię to. Przez chwilę nic nie mówi, po czym trąca mnie ramieniem. – Lepiej, żebyś naprawiła. Amanda już w myślach ćwiczy mowę dziękczynną. Jęczę, śmiejąc się pod nosem. Ale ucisk w piersi nie ustępuje. Kiedy Madame Loretto wraca do studia, nawet na mnie nie patrzy. Mówi tylko: – Od początku. Wstaję. Znów zwracam się twarzą do lustra i przez chwilę po prostu oddycham. Patrzę na siebie – na ostre linie kości policzkowych, napięcie szczęki, drganie mięśnia pod jasnym materiałem trykotu. Znam ten taniec. Żyłam w nim. Jest mój. Muzyka rusza. Zaczynam. Wszystko znika – klasa, ból pleców, ukłucie słów Madame. Moje nogi wyciągają się czysto, ramiona tną powietrze jak wodę. Mój kręgosłup jest długi, korpus zablokowany i napięty, palce miękkie i żywe. Czuję przepływ muzyki w każdym calu ciała. Obrót. Lądowanie. Oddycham tym. Jeté. Piruet. Relevé. Idealnie. Mój cień rozciąga się obok mnie w lustrze, precyzyjny i ostry, ale nie patrzę na niego. Jestem w ruchu. Nie mam nadziei, że jest dobrze – ja wiem, że jest. Każde odliczenie. Każdy ruch nadgarstka. Moja twarz pozostaje nieruchoma, nieczytelna. Ale w środku płonę. Finałowa sekwencja wymiata mnie na środek, powolne, celowe zejście z arabeski do ostatniej pozycji. Zatrzymuję się, zbalansowana. Opanowana. Nieważka. Wypuszczam powietrze. A potem… cisza. Madame Loretto stoi na skraju sali, nieczytelna. Czekam na coś – krytykę, korektę, nawet na więcej ciszy. Zamiast tego daje jedno, pojedyncze, oszczędne skinienie głową. To wszystko. Żadnych oklasków. Żadnych komplementów. Ale czuję to jak uderzenie pioruna. Moja klatka piersiowa zakwita gorącem, a uśmiech wdziera się na moją twarz, zanim zdążę go powstrzymać. To skinienie oznacza, że to zrobiłam. To skinienie oznacza, że to wystarczyło. Siadam ponownie, tym razem wolniej, adrenalina wciąż pulsuje w moich kończynach. Mila szczerzy się do mnie. – Dobra. To było przerażająco dobre. – Tak? – mówię, udając, że piję wodę, mimo że ręce trochę mi się trzęsą. – Wyglądałaś jak inna osoba. Jak… ktoś z filmu. Zmiażdżyłaś to. Uśmiecham się szerzej. – Wiem. To nie arogancja. To nawet nie ulga. To coś cichszego. Coś zapracowanego. Przez kilka sekund nie myślę o Tylerze, o byciu dziewiętnastolatką ani o tym, jak szybko musiałam biec, żeby tu dotrzeć. Myślę tylko o tej ostatniej nucie muzyki i o tym, jak w nią trafiłam, gdy całe moje ciało wciąż wibrowało. Nie potrzebuję pochwał. Nie potrzebuję oklasków. Potrzebuję tylko tańca.

Odkryj więcej niesamowitych treści