Tyler zrównuje ze mną krok, gdy przeciskamy się przez zatłoczony korytarz.
To zabawne – on ma ten rodzaj chodu, który jakoś sprawia, że ludzie usuwają mu się z drogi, mimo że nawet się nie stara. Kiedyś myślałam, że to przez to, jaki jest wysoki, albo może przez tę jego spokojną, swobodną energię, jakby nic go nigdy nie ruszało. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy to po prostu kwestia tego, że gdy wierzysz, że świat się przed tobą rozstąpi, to zazwyczaj tak się dzieje.
Na początku nic nie mówi. Tylko trąca mnie lekko łokciem.
– Hej – odzywa się. – Odnośnie do tego wcześniej. Przepraszam.
Zerkam na niego.
Wygląda na… szczerego. To lekko zmarszczone czoło, które ma, gdy wie, że nawalił, ale nie jest pewien, jak dokładnie to naprawić.
Wzruszam jednym ramieniem. – W porządku.
Wypuszcza powietrze, jakby wstrzymywał oddech. – Nie jest w porządku. Nie chciałem, żebyś poczuła, że nie jestem po twojej stronie.
Znów wzruszam ramionami, tym razem wolniej. – Wiem, że po prostu próbujesz być miły.
Tyler nieco zwalnia, dopasowując się idealnie do mojego tempa, nawet gdy tłum na korytarzu gęstnieje.
– Jestem po twojej stronie, Penny – mówi i tym razem zatrzymuje się całkowicie. Odwracam się do niego, nieco zdezorientowana.
Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, unosi dłonie i ujmuje moją twarz delikatnie, jego wnętrza dłoni są ciepłe na moich policzkach.
– Zawsze jestem po twojej stronie – mówi. – Ja po prostu… nie lubię konfliktów. Wiesz o tym.
Mówi to tak łatwo, tak naturalnie, jakby to powinno wystarczyć.
I może wystarcza.
Uśmiecham się, mało i nieco sztywno, ale prawdziwie. – Rozumiem.
I rozumiem. Naprawdę.
Tyler zawsze był tym gościem, który łagodzi sytuację. Który rzuca żartem, gdy robi się zbyt poważnie. Który rozładowuje napięcie, zamiast je podkręcać.
To jedna z rzeczy, za które pokochałam go na początku.
Po prostu… czasem mam wrażenie, że bycie po mojej stronie oznaczałoby nierozładowywanie tego napięcia.
Czasem mam wrażenie, że oznaczałoby to pozwolenie, by to napięcie zapłonęło, choć odrobinę, wystarczająco, by udowodnić, że on naprawdę, rzeczywiście stoi obok mnie.
Ale może to niesprawiedliwe.
Może jestem po prostu zmęczona. Przewrażliwiona.
Analizuję to za bardzo, bo poranek poszedł krzywo, a ja wciąż noszę to w sobie jak idiotka.
Strząsam tę myśl i wymuszam nieco więcej lekkości w głosie. – Więc, o czym chciałeś pogadać?
Natychmiast Tyler się rozpromienia, jakbym przełączyła jakiś ukryty przełącznik z powrotem na 'włączone'. Jego ręce opadają wzdłuż boków i buja się na piętach, tak jak zawsze, gdy jest podekscytowany, ale próbuje tego nie okazywać.
– Rodzice dzwonili rano – mówi. – Robią dziś dużą kolację. Chcą, żebyśmy przyszli. Ty też.
Mrugam do niego. – Ja?
Śmieje się pod nosem. – Tak, ty. O kim innym miałbym mówić?
Powstrzymuję uśmiech. – Oni zazwyczaj nie… wiesz. Nie zapraszają oficjalnie.
– Kochają cię – mówi swobodnie. – Wiesz o tym.
Wiem.
A przynajmniej kiedyś myślałam, że wiem.
To nie tak, że nie jestem mile widziana. Rodzice Tylera zawsze byli dla mnie mili – zwłaszcza w porównaniu do moich własnych, którzy trzymają głównie uprzejmy dystans od mojego życia, chyba że w grę wchodzi jakieś trofeum.
Ale zazwyczaj nie robią problemu z zapraszania mnie. To zawsze było bardziej luźne. Bardziej na zasadzie: jak jesteś w pobliżu, to zostań na kolację.
Nie… proszę, bądź tam.
– Jaka okazja? – pytam.
Tyler wzrusza ramionami, jakby to była najmniej ważna rzecz na świecie. – Powiedzieli, że to niespodzianka.
– Niespodzianka?
– Brzmieli na podekscytowanych. Więc cokolwiek to jest, jest dobre.
Wpatruję się w niego przez sekundę, podejrzliwie. – Nawet nie jesteś ciekawy?
Szczerzy się. – Nie-e. Wychodzę z założenia, że jeśli to dobre wieści, to warto poczekać.
Krzywię się. – Nienawidzę czekać na niespodzianki.
– Wiem – mówi z uśmieszkiem. – Jesteś jak kot przed zamkniętymi drzwiami.
Trącam go lekko w żebra. Łapie mój nadgarstek jedną ręką i okręca mnie o pół kroku w swoją stronę, jak w tańcu.
– Wyluzuj, balerino – mówi. – Będzie fajnie.
Przewracam oczami, ale teraz się uśmiecham. Niemożliwe jest bycie na niego złym, kiedy jest taki – tak wyluzowany, tak pewny, że świat wręczy mu coś dobrego.
Może potrzebuję trochę tego podejścia.
Może dzisiejszy wieczór będzie dokładnie tym, czego potrzebuję, by wyrwać się z tego dziwnego, ciężkiego nastroju.
– Mam trening – przypominam mu.
– Wiem. Powiedziałem im. Spoko.
Znów szczerzy się, szeroko i promiennie.
– Odbiorę cię po. Tak na serio tym razem – dodaje, puszczając oko.
Parskam. – Lepiej, żeby tak było.
– Przyniosę nawet przekąski, jeśli chcesz.
– Teraz to już próbujesz mnie przekupić.
– Działa?
Śmieję się. – Trochę.
Trąca mnie ramieniem i znów wpadamy we wspólny rytm. Korytarz zaczyna pustoszeć, kolejne drzwi trzaskają, gdy dzwonek na lekcję nieubłaganie się zbliża.
Zatrzymujemy się przed moją klasą.
Tyler pochyla się, składa pocałunek na czubku mojej głowy – szybki i niezobowiązujący, ale wciąż sprawia, że coś ciepłego rozwija się w mojej piersi.
– Widzimy się o piątej – mówi.
– O piątej – powtarzam, salutując mu żartobliwie.
Wtedy on odwraca się i odchodzi, wtapiając się w rzekę uczniów, jego bluza podskakuje pośród plecaków, rozmów i startych trampek.
Patrzę za nim przez sekundę.
Nie dlatego, że mu nie ufam.
Nie dlatego, że się martwię.
Po prostu dlatego, że… to miłe. Mieć kogoś, na kogo się czeka. Mieć kogoś, kto czeka na ciebie.
Strząsam z siebie to uczucie i wchodzę do następnej klasy tuż przed dzwonkiem.
















