Frontowe drzwi zamykają się za nią z ostatecznością, która przecina dom jak cienkie, zimne ostrze.
Czekam na szczycie schodów, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, poręcz chłodzi mi kostki dłoni, wsłuchując się w cichnący odgłos jej kroków na chodniku, w to, jak zbyt szybko nikną w nocnym powietrzu.
Jest tam zimno.
Zimniej, niż wskazywałby jej strój.
Wciąż to widzę — cienki kardigan opięty na jej
















