Jest tuż po dziesiątej rano, kiedy wchodzę do małej kawiarni dwie przecznice od studia. Moja torba ciąży od zapasowych point, butelki z wodą i grubego harmonogramu prób, złożonego w moim kalendarzu niczym święta mapa. Dziś nie ma szkoły – tylko sześć pełnych godzin przy drążku i w powietrzu, a ja nawet się tego nie obawiam. Nie tak naprawdę.
Zamawiam jagodową bułeczkę i średnią latte, po czym obej
















