Woda z poidełka z boku sali ma metaliczny posmak, ale i tak napełniam butelkę i piję, a chłód uderza w gardło.
Po drugiej stronie sali Madame Loretto wciąż krąży jak generał dokonujący inspekcji pobojowiska. Jej obcasy stukają o twarde drewno podłogi; to jedyny dźwięk poza stłumionym pociąganiem nosami trzech dziewczyn, które udają, że nie płaczą.
To był ten rodzaj dnia.
Madame nie krzyczy dlatego, że jesteśmy słabe.
Cóż — może niektóre z nas są dzisiaj słabe.
Ale głównie krzyczy dlatego, że jest wściekła.
Wiadomość uderzyła w nas jak granat godzinę po rozpoczęciu próby:
Przesłuchania do Wiosennej Gali zostały przyspieszone. O dwa dni.
Najwyraźniej lokal dokonał podwójnej rezerwacji i zespół, który zazwyczaj go nam wynajmuje, został wygryziony. Teraz panuje chaos.
Madame wybuchła na środku parkietu, gestykulując gwałtownie, a francuskie przekleństwa mieszały się z wściekłymi angielskimi, gdy beształa każdego, kto ośmielił się spojrzeć jej w oczy.
To niesprawiedliwe, krzyczała.
Nieprofesjonalne.
Okrutne.
Większość dziewczyn i tak ledwo trzymała się w ryzach pod ciężarem sezonu galowego. To było ostateczne pchnięcie. Połowa sali albo drżała, mrugając, by powstrzymać łzy, albo jawnie szlochała w ręczniki.
Zakręcam korek butelki z wodą i na sekundę opieram głowę o ścianę.
Krzyki Madame tak naprawdę mnie nie dotyczą.
Nie dzisiaj.
Pomijając wczorajszą katastrofę z potknięciem, byłam dobra.
Lepsza niż dobra.
Moje solo jest czyste od tygodni. Choreografia wyryła mi się w kościach — pamięć mięśniowa jest tak głęboka, że prawdopodobnie mogłabym zatańczyć to przez sen i wylądować idealnie.
Szczerze mówiąc, te dodatkowe dwa dni niewiele by dla mnie zmieniły.
Ale nigdy, przenigdy nie powiedziałabym tego głośno.
Madame znalazłaby wady. Zawsze znajduje.
To jej praca. Jej ulubiony sport.
Zerkam na zegar.
Piętnaście po piątej.
Tyler pewnie już jest na zewnątrz, czeka na parkingu z włączonym silnikiem i opuszczonymi szybami.
Napisał, kiedy dotarł — dziesięć minut przed czasem, bo zawsze jest dziwnie punktualny, kiedy nie chodzi o pamiętanie o zadaniu domowym z chemii.
Przestępuję z nogi na nogę, niespokojna.
Po drugiej stronie studia inna dziewczyna wybucha płaczem po zepsutym potrójnym piruecie, a Madame wyrzuca ręce w powietrze.
— Dość! — warknęła. — Wystarczy na dziś! Idźcie do domu, zanim utoniecie we własnej przeciętności!
Biedna dziewczyna szlocha głośniej i ucieka z sali, baletki piszczą na podłodze.
Madame Loretto przyciska palce do skroni, jakby odpędzała migrenę, i krzyczy do reszty z nas: — Wyjść. Wszystkie. Wynocha. Marnujecie tylko mój tlen.
Wszyscy rzucają się, by chwycić swoje torby, jakby od tego zależało ich życie.
Ja też.
Porywam torbę i butelkę z wodą, praktycznie truchtając w stronę wyjścia, kiedy—
— Penelope.
Głos Madame przecina hałas jak ostrze.
Zastygam.
Żołądek nieco mi się zapada.
Mogłabym dyskutować.
Powiedzieć, że muszę iść.
Powiedzieć, że ktoś na mnie czeka.
Ale z drugiej strony... kłócenie się z Madame Loretto jest równie mądre, co plucie pod wiatr w trakcie huraganu.
Odwracam się, ściskając mocniej torbę. — Tak, Madame?
Przemierza salę w moim kierunku z precyzją, która sprawia, że serce mi się zacina.
Przez sekundę przygotowuję się na to—
na burę, krytykę, wypatroszenie.
Zamiast tego zatrzymuje się przede mną i krzyżuje ramiona.
— Byłaś dzisiaj dobra — mówi.
Mrugam.
Raz.
Dwa razy.
Czy ona właśnie...?
— Słyszysz mnie? — mówi ostro.
— Tak, Madame — dukam. — Dziękuję.
Machnęła ręką, jakby nie mogła znieść dźwięku wdzięczności. — Twoja druga połowa — chodzi o grand jeté przechodzące w arabesque. Tracisz wykręcenie w połowie lądowania. Napraw to.
Kiwam głową tak mocno, że mój kok prawie się luzuje. — Naprawię.
— Masz duże szanse — mówi niechętnie. — Jeśli nie zrobisz się leniwa.
— Nie zrobię — obiecuję, a serce wali mi jak młotem.
— Dopilnuj tego — rzuca, po czym obraca się na pięcie i odmaszerowuje, nie czekając na odpowiedź.
Wypuszczam powietrze, płuca opróżniają się nagle.
Zbierając rzeczy szybciej, praktycznie wybiegam ze studia, zarzucając torbę na ramię.
Samochód Tylera stoi dokładnie tam, gdzie myślałam, że będzie, silnik mruczy nisko, szyby są uchylone.
Siedzi za kierownicą, wystukując rytm piosenki, której nie słyszę, wyglądając na całkowicie zrelaksowanego — jakby nie czekał na mnie pół godziny.
W chwili, gdy mnie widzi, prostuje się, uśmiecha i macha.
Ani śladu irytacji.
Pędzę przez parking i szarpię za klamkę, rzucając torbę na podłogę pod nogi.
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam — mówię szybko. — Próba była katastrofą. Madame dostała szału. Połowa studia płakała. W pewnym momencie myślałam, że ktoś zemdleje.
Tyler śmieje się cicho, wrzucając bieg. — Brzmi intensywnie.
— Było brutalnie — jęczę, zapinając pas. — A potem zatrzymała mnie, żeby powiedzieć mi — uwierzysz? — że byłam dobra. I że mam poprawić wykręcenie. Ale poza tym, może faktycznie przeżyję przesłuchania.
— Widzisz? — mówi, sięgając, by ścisnąć moje kolano. — Mówiłem ci, że jesteś niesamowita.
Przewracam oczami, ale się uśmiecham, ciepło rozkwita mi w piersi.
Wyjeżdżamy z parkingu na główną drogę, kierując się w stronę jego domu.
Sięgam do torby, wyciągam parę dżinsów i zaczynam się w nie wciskać najlepiej jak potrafię, nie odpinając pasa.
To niezręczne i prawdopodobnie niebezpieczne, ale nie mogę pojawić się na kolacji w rajstopach i trykocie.
Tyler zerka na mnie i się śmieje. — Potrzebujesz pomocy?
— Nie, chyba że chcesz, żebym przypadkiem kopnęła cię w twarz.
— Kuszące — mówi, a ja się śmieję.
Udaje mi się naciągnąć dżinsy na trykot, a potem wyciągam z dna torby miękki, za duży kardigan.
Nie jest to haute couture, ale musi wystarczyć.
Opuszczam lusterko pasażera i szybko pociągam rzęsy tuszem, próbując wyglądać trochę mniej jak ktoś, na kogo wrzeszczano przez bite dwie godziny.
— Jesteś piękna — mówi Tyler, wciąż patrząc na drogę.
Uśmiecham się, nieco nieśmiało. — Komplementy nie sprawią, że będziemy mniej spóźnieni.
Chichocze. — Warto było spróbować.
Jazda nie trwa długo.
Może piętnaście minut.
Ale wydaje się, że szybciej.
Może dlatego, że przez całą drogę trzęsę nogą, nerwy bzyczą mi pod skórą.
Jesteśmy prawie trzydzieści minut spóźnieni.
Tyler nie wydaje się zmartwiony, ale ja nie mogę pozbyć się ucisku w klatce piersiowej.
Nienawidzę się spóźniać.
Zwłaszcza na coś, co wydaje się... większe niż zwykle.
Wjeżdżamy na jego podjazd, dom wygląda ciepło i złociście w wieczornym świetle, lampy na ganku są już włączone.
Tyler wyskakuje pierwszy, truchtem okrążając auto, by otworzyć mi drzwi jak jakiś staroświecki dżentelmen.
Śmieję się i pozwalam mu na to.
W środku pachnie czosnkiem, świeżym chlebem i czymś pieczonym.
W chwili, gdy wchodzimy, jego mama rzuca się, by mnie przytulić.
Pani Hayes to same miękkie krągłości i jasne oczy, blond włosy upięte w niedbały kok, fartuch zawiązany w pasie, jakby zaraz miała rozpocząć program kulinarny.
— Tęskniliśmy za tobą, skarbie — mówi w moje włosy, ściskając mnie mocno.
Kiedy się odsuwa, pan Hayes też już tam jest, obejmując mnie jedną ręką w uścisku pachnącym wodą po goleniu i ciepłym swetrem.
— Kopę lat, młoda — mówi, mierzwiąc mój kok z uśmiechem.
— Hej, wciąż jest w całości! — protestuję, śmiejąc się.
— Następnym razem postaram się bardziej — droczy się.
Ciepło ich powitania roztapia część mojego niepokoju.
To.
Tego mi brakowało.
Tego potrzebowałam.
Domu, nawet jeśli technicznie nie jest mój.
Otwieram usta, żeby im podziękować, kiedy—
Ktoś odchrząkuje za mną.
Sztywnieję instynktownie, obracając się powoli.
I wtedy go widzę.
















