Idę za nią.
Tym razem nie po cichu.
Buty uderzają o podłogę mocniej, niż to konieczne, upewniając się, że mnie słyszy. Upewniając się, że wie, iż ktoś za nią idzie. Upewniając się, że nie ułatwi sprawy komuś gorszemu.
Nie odwraca się.
Po prostu idzie dalej, teraz wolniej, ramiona sztywne pod bluzą z kapturem, luźne pasma włosów drżą tam, gdzie łapie je przeciąg z uchylonych drzwi.
Wślizguje się do
















