W chwili, gdy wchodzę do baru, uderza we mnie fala hałasu – ludzie przekrzykujący się nawzajem, brzęk szkła, jakiś okropny klasyczny rock płynący z głośników. Nie byłem tu od miesięcy, może dłużej, ale nic się nie zmieniło. Wciąż śmierdzi piwem, smażonym tłuszczem i tą zwietrzałą nadzieją, którą ludzie przynoszą ze sobą, przekraczając próg.
Zauważam go natychmiast.
Eric – albo Rooster, jak większo
















