Pierwszy oddech poza studiem zawsze smakuje jak mała namiastka wolności. Powietrze jest cieplejsze niż od miesięcy, ostrość zimy wreszcie ustępuje miejsca czemuś, co pachnie ziemią i wczesną trawą. Rozluźniam ramiona w marszu, krzywiąc się, gdy prawe przeskakuje. Za dużo godzin pod świdrującym wzrokiem Madame Loretto.
Mila zrównuje się ze mną, ciaśniej zawiązując bluzę wokół pasa. – Nie wiem jak ty – mówi – ale ja czuję się, jakby potrąciła mnie ciężarówka zrobiona z baletek.
Parskam śmiechem. – Ty i ja, obie.
– Moje czwórki aktywnie planują ucieczkę.
– Moja dusza opuściła ciało już przy drugiej rundzie adagio.
Mila jęczy. – Cieszę się, że nie startuję do Wiosennej Gali. Musiałoby mi wtedy zależeć.
Zerkam na nią. – Wciąż tego nie rozumiem. Powinnaś spróbować.
Posyła mi spojrzenie – oschłe, niewzruszone. – Widziałaś mnie dzisiaj? Prawie się wywaliłam przy drążku. A nawet się nie ruszałam.
– Nie było tak źle.
– Było. Jest okej. Pogodziłam się z byciem przeciętną.
Zwalniam nieco kroku, poprawiając pasek torby. – Nie jesteś przeciętna. Jesteś solidna. Po prostu się nie dociskasz.
– Wiem – mówi bez urazy. – Dlatego to działa. Zero presji, zero załamań nerwowych.
Znów masuję ramię, pozwalając ciszy osiąść między nami na sekundę.
Mila zerka na mnie. – Ale ty. Nawet jak wcześniej zawalałaś? I tak byłaś lepsza od całej reszty.
Kręcę głową. – To szczodre z twojej strony.
– Wcale nie. Ty po prostu… ruszasz się inaczej. Sprawiasz, że podłoga wygląda, jakby należała do ciebie.
Nie wiem, co na to odpowiedzieć. Komplementy zawsze lądują dziwnie. Zbyt miękko. Jakbym nie wiedziała, co z nimi zrobić, gdy już mam je w rękach.
Wzruszam ramionami. – Madame tak nie uważała.
– Pod koniec już tak.
– Dopiero po tym, jak emocjonalnie rozłożyła mnie na czynniki pierwsze przed całą salą.
Mila przechyla głowę, zamyślona. – Jest ostra. Ale robi to tylko z ludźmi, co do których myśli, że faktycznie mają szansę.
Spoglądam w niebo. Ma ten blady odcień późnego popołudnia, wciąż chłodny na krawędziach. Chodniki są upstrzone plamami topniejącego śniegu i nierównego słońca, ale pachnie tak, jakby wiosna próbowała się przebić. Wszystko jest wciąż brzydkie – ale łagodniejsze. Lżejsze.
Zatrzymujemy się przy krawężniku. Sygnalizacja dla pieszych mruga na czerwono.
– Byłam dziś nieswoja – mówię cicho. – Czułam to.
– Przez Tylera?
Pauzuję. – Tak.
– Chcesz o tym pogadać?
– Zapomniał mnie odebrać. Znowu. Po zajęciach.
Wypuszcza powietrze, długo i powoli. – Przeprosił?
– Powiedział, że pomagał komuś w nauce.
Mila unosi brew, ale nic nie mówi.
– To nie tak, że oczekuję, by przeorganizował swoje życie – dodaję, choć nie jestem jej winna wyjaśnień.
– Nie – mówi. – Ale może miło by było, gdyby pamiętał o twoim.
Przechodzimy przez ulicę. Nie patrzę na nią.
– On ma dobre intencje – mówię po chwili. – Jest po prostu… roztrzepany.
– Nie ma go z tobą na sali, kiedy krwawisz w buty, Pen. Nie wie, ile to kosztuje.
– Nie potrzebuję, żeby rozumiał balet.
– Wiem. Ale może potrzebujesz, żeby rozumiał ciebie.
Nie odpowiadam. Cisza znów się rozciąga, gdy mijamy kawiarnię i kwiaciarnię, której witryny wciąż są pełne sztucznego śniegu. Wypuszczam powietrze, powoli i miarowo, próbując zrzucić ciężar uciskający mnie pod żebrami.
– Ale udało mi się – mówię w końcu.
Mila spogląda w bok. – Udało.
– Ten ostatni przelot czułam… właściwie. Pierwszy raz od dawna.
– Było widać. Wyglądałaś znowu jak ty.
Piekarnia na rogu jest tuż przed nami, Mila wskazuje na nią. – Chodź. Zasłużyłyśmy na coś miękkiego i pełnego węglowodanów.
Zapach uderza w nas, zanim drzwi się otworzą – wanilia, cukier, masło. Ciepło.
Zamawiamy bez zastanowienia. Ona bierze swoją stałą cynamonkę. Ja łapię czekoladową babeczkę z grubym zawijasem lukru. Wygląda absurdalnie. I tak jej chcę.
Siadamy przy oknie, znów ciche. Ludzie przemykają na zewnątrz – zagonieni, rozkojarzeni, głośni. Tutaj to wszystko jest tak odległe.
– Nie wiem, co jest ze mną nie tak – mówię w końcu, na tyle cicho, by tylko Mila mogła usłyszeć.
Nie wzdryga się. – Nie jesteś zepsuta.
– Po prostu czuję się… jakbym próbowała utrzymać się na czymś, co ciągle przesuwa mi się pod nogami.
– Jesteś wykończona.
– Wszyscy są wykończeni.
– Tak – mówi. – Ale nie wszyscy próbują jednocześnie dźwigać ciężar perfekcji.
Odłamuję kawałek babeczki i roluję go w palcach. – Czuję, że jeśli odpuszczę choć na sekundę, to zostanę w tyle.
– Nie zostaniesz.
– Skąd wiesz?
Patrzy na mnie, jakby to było oczywiste. – Bo już jesteś z przodu.
To ucisza mnie na minutę.
Kończymy nasze wypieki powoli. Bez pośpiechu. Tylko zakwasy, cukier i ta dziwna ulga, że przetrwałyśmy kolejne zajęcia, kolejny dzień.
Kiedy w końcu wychodzimy z powrotem, słońce zeszło niżej, złoto zmienia się w chłód, ale wciąż jest cieplej niż od tygodni. Wdycham to powietrze jak nagrodę.
Moje ciało boli w każdym calu. Bark pulsuje. Uda już grożą jutrzejszym cierpieniem. Ale idę pewnie.
Dzisiaj wylądowałam czysto.
I może to wystarczy.
Mila odbija w stronę swojej przecznicy z sennym machnięciem ręki, mrucząc coś o ramenie, kąpieli i o tym, że jeśli nie napisze później, powinnam założyć, że została połknięta w całości przez materac. Uśmiecham się, idąc dalej.
Wyciągam telefon po raz pierwszy od czasu przed zajęciami i natychmiast obrywam powodzią powiadomień.
Dwanaście SMS-ów od Tylera.
**Ty (16:52):** Tak bardzo przepraszam
**Ty (16:54):** Jestem dosłownie beznadziejny
**Ty (16:55):** Kompletnie odleciałem – Zoe potrzebowała pomocy z czymś z chemii i to się po prostu
**Ty (16:55):** Stało
**Ty (17:00):** Jestem idiotą
**Ty (17:03):** Proszę, pozwól mi to wynagrodzić
**Ty (17:04):** Pewnie masz teraz zajęcia
**Ty (17:08):** Przysięgam, że nigdy więcej nie zapomnę
**Ty (17:09):** Proszę, nie nienawidź mnie
**Ty (17:15):** Kocham cię
**Ty (17:15):** Bardzo
Zatrzymuję się. Moje serce robi to głupie, miękkie salto w piersi, a ja przyciskam palce lekko do ekranu. Zapomniał. Tak. Ale mu zależy. Zawsze mu zależy. Nawet kiedy nawala.
Tyler nigdy nie był idealny, ale nigdy nie sprawił, bym czuła się mniej niż kochana.
I szczerze? Nie obchodzi mnie, że musiałam dziś biec. I tak wolałabym to niż kogokolwiek innego.
Kiedy skręcam za róg na moją ulicę, zamieram.
Siedzi na ganku.
Moim ganku.
Kaptur ma naciągnięty nisko na oczy, a na kolanach trzyma papierową torbę. Przewija coś w telefonie, pewnie sprawdzając po raz setny, czy już odpisałam.
Uśmiecham się, zanim zdążę się powstrzymać.
– Hej – mówię.
Jego głowa podrywa się gwałtownie, i chłopak praktycznie zrywa się na równe nogi. – Pen.
Pędzi w moją stronę, trzymając torbę w jednej ręce, z twarzą zniszczoną poczuciem winy. – Tak strasznie przepraszam. Nie chciałem… zagadałem się, pomagając Zoe, kompletnie straciłem poczucie czasu, a kiedy spojrzałem na zegarek, ja… Boże, zrobiło mi się niedobrze.
– Ty…
– Powinienem tam być. Miałem to w kalendarzu. Nawet ustawiłem przypomnienie, a potem je zignorowałem jak kompletny idiota…
Śmieję się i oplatam ramiona wokół jego talii, ściskając go mocno. – Ty. Jest okej.
Odsuwa się tylko na tyle, by na mnie spojrzeć. – Jesteś pewna?
– Tak. Jest okej. Jesteś tu teraz.
Wyciąga torbę. – Kupiłem ci tę kanapkę, którą lubisz. Tę dziwną, zdrową? Z awokado i… kiełkami czy czymś w tym stylu?
Zerkam do środka. To zdecydowanie nie ta, którą bym wybrała, ale zapamiętał, że raz mi smakowała, dawno temu. To słodkie. To takie w jego stylu.
– Jest idealna – mówię.
Wypuszcza powietrze, jakbym właśnie wręczyła mu drugą szansę, po czym całuje mnie – szybko, miękko, znajomo.
– Napisz, jak wstaniesz? – mówi.
– Oczywiście.
Ściska moją dłoń raz, zanim rusza po schodach. Patrzę, jak idzie ulicą do swojego domu – zaledwie trzy drzwi od mojego.
Przytulam kanapkę do piersi i szczerzę się.
Bo go kocham.
I nie potrzebuję niczego więcej.
















