Jazda do domu jest cicha.
Zbyt cicha.
Ona siedzi na miejscu pasażera, zwinięta w sobie, z jednym ramieniem w poprzek ciała, jakby próbowała utrzymać wszystko w ryzach. Słyszę, jak od czasu do czasu pociąga nosem, ale się nie odzywa. Ja też nie. Muszę się opanować, zanim powiem coś niewłaściwego. Jestem teraz zbyt wściekły, by rozmawiać – zbyt wściekły na Tylera, na tego, kto do cholery podniósł na
















