logo

beletrystyka

Zakochana w bracie mojego chłopaka, marynarzu

Zakochana w bracie mojego chłopaka, marynarzu

Autor: Lenora Shaw

Rozdział 4: Penny
Autor: Lenora Shaw
19 sty 2026
Sala jest już prawie pełna, gdy wślizguję się do środka. Szum na wpół przytomnych rozmów, szuranie krzeseł po płytkach, głuche uderzenia wypchanych plecaków o podłogę – nic z tego nie zwalnia z mojego powodu. Podciągam pasek torby wyżej na ramieniu i szukam wolnego miejsca. Jest tylko jedno. Środkowy rząd, drugie od końca. Obok chłopaka, który wygląda znajomo w ten sposób, w jaki wygląda większość kolegów z drużyny Tylera – szerokie ramiona, szkolna bluza, czapka z daszkiem odwrócona do tyłu, jakby wyszedł prosto z jakiegoś heroicznego montażu sportowego. Jonathan, tak mi się wydaje. Może. Wsuwam się na miejsce, starając się nie wydawać żadnego dźwięku. Zerka znad swojego zeszytu, posyła mi szybki, swobodny uśmiech – taki, który mówi hej, jestem miłym gościem, możesz tu usiąść bez żalu – po czym wraca do tego, co tam od niechcenia bazgrze. Żadnych drwin. Żadnych uśmieszków w stylu Rebeki. Żadnego dramatu. To… dziwnie rozbrajające. Wpatruję się w przód sali, gdzie profesor zaczyna już wyjaśniać eseje porównawcze, jakbyśmy wszyscy desperacko pragnęli o tym wiedzieć. Mój zeszyt pozostaje zamknięty na ławce. Mój długopis leży nieużywany. Mój mózg odmawia wejścia na obroty. Nienawidzę tego uczucia. Nienawidzę, kiedy mój dzień zaczyna się źle. Nigdy nie potrafię tego do końca odkręcić. To jak bycie wypchniętym z równowagi z samego rana, a potem potykanie się o wszystko inne przez następne dwanaście godzin. Chcę się skupić. Chcę zapomnieć o Rebece i Zoe i tym dziwnym, kłującym rozczarowaniu, które wciąż przykleja się do moich żeber po rozmowie z Tylerem. Nie powinnam być zła na Tylera. Wiem o tym. Próbował tylko pomóc Zoe. Nie prosił jej, żeby tam stała i śmiała się ze mnie. Nie wiedział. Mimo to. Mimo to. Zakładam kosmyk włosów za ucho i skupiam się mocno na punkcie na ścianie, próbując przywołać wspomnienia łagodniej. Tyler. Kiedy się poznaliśmy, to było łatwe. Głupio łatwe. Wprowadził się na osiedle tuż przed semestrem wiosennym w zeszłym roku. Jego rodzice kupili ten stary biały dom trzy ulice dalej, ten z zepsutą huśtawką na ganku i łuszczącymi się niebieskimi okiennicami. Pamiętam, jak przejeżdżałam rowerem i widziałam pudła ułożone na trawniku, sposób, w jaki jego mama stała na ganku, wykrzykując instrukcje do tragarzy jak generał. I Tylera. Opierającego się o framugę drzwi, z czapką bejsbolową naciągniętą nisko, słuchawkami splątanymi wokół szyi, trochę poparzonego słońcem, jakby nie ogarnął, że słońce na Florydzie to nie żart. Uśmiechnął się, gdy przyłapał mnie na gapieniu się. Nie tym cwaniackim uśmiechem. Nie tym wyćwiczonym, którego nauczyłam się unikać u chłopaków. Czymś łagodniejszym. Prawie nieśmiałym. Potem nie trwało to długo. Kilka „przypadkowych” spotkań w sklepie spożywczym, kilka przejażdżek rowerowych donikąd, a potem to się po prostu… stało. Zaczęliśmy spędzać ze sobą czas tak, jak ludzie zaczynają oddychać po zbyt długim przebywaniu pod wodą. Na początku nikogo nie znał. Byliśmy tylko on i ja, i senne chodniki naszego osiedla rozciągające się tak, jakby zostały zbudowane dla nas. Ale nie zostało tak na długo. Tyler szybko nawiązał znajomości. Trenerzy praktycznie włazili na siebie, żeby mieć go w swoich drużynach. Piłka nożna, futbol, koszykówka – cokolwiek z piłką i tablicą wyników, miażdżył to bez wysiłku. I dziewczyny też to zauważyły. Zauważyłam, że zauważyły. Sposób, w jaki śmiały się trochę za głośno przy nim. Sposób, w jaki obciągały rękawy, gdy przechodził. Sposób, w jaki dotykały jego ramienia, kiedy nie musiały. Nienawidziłam tego. Wciąż nienawidzę. Ale Tyler nigdy nie dał mi powodu, by w niego wątpić. Zawsze do mnie wracał. Zawsze wybierał mnie jako pierwszą. Był moim pierwszym pocałunkiem. Moim pierwszym prawdziwym chłopakiem. Moim pierwszym wszystkim, tak naprawdę. I kochałam go. Tak myślę. To znaczy – czym innym mogłoby to być? Ten sposób, w jaki moja klatka piersiowa wydaje się lżejsza, gdy jest w pobliżu. Ten sposób, w jaki wciąż się denerwuję, zanim go zobaczę, nawet po tym wszystkim. Ten sposób, w jaki wciąż chcę, żeby mnie widział – naprawdę widział – kiedy ląduję nową sekwencję albo kiedy śmieję się z jednego z jego głupich żartów. To miłość. Musi być. Prawda? Stukam końcem długopisu o ławkę, próbując to z siebie strząsnąć. To nie działa. Jonathan – Jo? – drapie coś na marginesach swojego zeszytu. Łapię przelotne spojrzenie. Okropny rysunek psa. Albo konia. Albo głęboko przeklętej lamy. Zanim zdążę się zawahać, trącam łokciem jego ramię i szepczę: – Czy to ma być pies? Czy wygłaszasz oświadczenie na temat ewolucji? Zerka na mnie, zaskoczony. A potem się śmieje. Nie fałszywym śmiechem. Nie uprzejmym. Prawdziwym, niskim, zaskoczonym śmiechem, który sprawia, że kilka osób odwraca się w ławkach. Szczerzy się i przesuwa zeszyt w moją stronę, odsłaniając jeszcze gorszy rysunek pod spodem – patyczaka jadącego na tajemniczym zwierzęciu, trzymającego kubek kawy jak miecz. – Sztuka – mówi poważnie. – Nie zrozumiałabyś. Parskam pod nosem. – Masz rację. Prawdziwy geniusz jest zawsze niezrozumiany w swoich czasach. Chichocze ponownie, kręci głową i odwraca się z powrotem do profesora, wciąż się szczerząc. I tak po prostu, ucisk w mojej piersi nieco lżeje. Nie całkowicie. Ale wystarczająco. Wystarczająco, by przypomnieć sobie, że nie wszyscy w tym budynku mnie nienawidzą. Wystarczająco, by przypomnieć sobie, że czasem głupi rysunek i jeszcze głupszy żart wystarczą, by okropny poranek wydawał się nieco mniej trwały. Reszta zajęć mija szybciej, niż się spodziewam. Notuję kilka na wpół spójnych zdań. Głównie własne bazgroły. Balerina-patyczak mierząca się z konio-potworem z patyków, który trzyma małą flagę z napisem pomocy. Jo przyłapuje mnie raz, unosi brew i uśmiecha się półgębkiem. Odwzajemniam uśmieszek. To nic takiego. To nieważne. Ale to coś. Profesor zwalnia nas wcześniej – rzadki cud – i pakuję swoje rzeczy do torby z większą energią, niż zaczęłam. Jonathan też wstaje, zarzucając plecak na jedno ramię. Jestem w połowie wyjścia z nim, kiedy widzę Tylera. Opiera się o ścianę po drugiej stronie korytarza, ręce wciśnięte w kieszenie kurtki, oczy skanujące tłum. W sekundzie, gdy mnie zauważa, prostuje się. Jego twarz zmienia się w ten znajomy uśmiech – ten, który kiedyś rozbrajał mnie bez wysiłku. – Hej – mówi, odpychając się od ściany i lawirując między maruderami, by do mnie dotrzeć. Jego oczy przeskakują krótko na Jonathana, po czym wracają do mnie. Czuję, jak Jo zerka między naszą dwójką i przez ułamek sekundy powietrze wydaje się... cięższe. – Do zobaczenia, Vale – mówi Jo swobodnie, salutując mi szybko dwoma palcami. Zdobywam się na mały uśmiech. – Na razie, Picasso. Śmieje się pod nosem i znika w głębi korytarza, zostawiając mnie samą z Tylerem. Ty podchodzi bliżej, ręce wciąż w kieszeniach, ramiona lekko zgarbione, jakby próbował wyglądać na mniejszego, niż jest. – Chciałem cię odprowadzić na lunch – mówi. – Jeśli to okej. Jest. Powinno być. Kiwam głową. – Tak. Oczywiście.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 4: Penny – Zakochana w bracie mojego chłopaka, marynarzu | Czytaj powieści online na beletrystyka