Zapach uderza mnie, zanim drzwi w ogóle zdążą się za nami zamknąć – dymny, pikantny, bogaty. Zatrzymuję się na pół sekundy, po czym promienieję do Ashera.
„Koreańskie BBQ?” – mówię, niemal bez tchu.
Zerka na mnie z góry, a kącik jego ust unosi się w małym, krzywym uśmiechu. „Lubisz?”
„Uwielbiam” – mówię. „Tak, serio uwielbiam”.
Restauracja jest zatłoczona, tętniąca energią – grupy stłoczone w boks
















