Tłum sam w sobie jest bestią — ryczy, tupie, wstrząsa ścianami z nienasyconego głodu przemocy. Pot, krew i mdły, słodkawy zapach adrenaliny unoszą się w powietrzu, tak gęste, że niemal oblepiają mi język. Kopuła wibruje z każdym obłąkanym okrzykiem, z każdym gardłowym wrzaskiem domagającym się rozlewu krwi, a w samym środku tego wszystkiego —
Malakai.
Skrępowany. Poobijany. Ledwo przytomny.
A jedn
















