– Bennett to mój szef – warczę, wyrywając z powrotem telefon, ale on nie odpuszcza, jakby to nagle była tykająca bomba. Mój głos ledwie skrywa wyczerpanie przygniatające mi klatkę piersiową.
Oczy Malakaia to pieprzony sztorm. Mroczne. Niebezpieczne. Cisza przed tym, jak wszystko spłonie.
– Szef? – Jego ton jest spokojny – zbyt, kurwa, spokojny – i posyła dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa. – Jaki sz
















