Powinnam była wiedzieć – kurwa, powinnam była to wiedzieć.
Wcześniej drzwi skrzypnęły, a teraz on tu jest.
Bosy, bez koszuli, wyglądający jak każda zła decyzja, którą kiedykolwiek chciałam podjąć.
Zakrwawione bandaże owinięte wokół jego torsu powinny sprawiać, że wygląda na bezbronnego, ale tak nie jest. Zamiast tego jedynie podkreślają absurdalną doskonałość jego ciała – zarys mięśni brzucha, krzywiznę ramion, ostrą linię szczęki. To była pierwsza rzecz, jaką zobaczyłam, kiedy go podniosłam, a Bogini jedna wie, jak bardzo nie powinnam była tego robić.
Wilgotne włosy przyklejają mu się do czoła, a kilka niesfornych kosmyków opada na te zielone oczy, które zdają się przecinać korytarz, w którym się znajdujemy.
Jeśli Cassian jest wypielęgnowanym księciem, to ten facet jest pieprzonym bogiem wojny.
Valentina, wciąż stojąca za Cassianem, w końcu puściła go z objęć. Opadła jej szczęka, a jej szeroko otwarte oczy spijają widok tego mężczyzny, jakby była spragniona, a on był ostatnią kroplą wody na pustyni.
Ugh, czy mogłaby przestać?
– Cassianie – szepcze, chwytając go za ramię, jakby to była jedyna rzecz utrzymująca ją w pionie... albo utrzymująca jej majtki w pionie. – Kto... to jest?
Chce mi się z niej śmiać. Oczywiście, że się gapi. Ironia jest niemal nie do zniesienia – czepia się mojego przeznaczonego, którego zaledwie wczoraj w nocy mi ukradła, jednocześnie śliniąc się na widok samotnika, wyglądającego, jakby właśnie wyszedł z jednej z tych przesadzonych powieści romantycznych.
Zaciskam dłoń na ręce mężczyzny, wciąż obejmującej mnie w talii. Uratował mnie tam. Skoro już powiedział, że jestem „jego kobietą”, to nie ma powodu, żeby w to nie brnąć, prawda?
– Och, on? – mówię, a słowa wymykają się, zanim zdążę je powstrzymać. – To mój chłopak na odległość.
Cassian gwałtownie odwraca głowę w moją stronę, mrużąc oczy. – A więc to, co mówił ten lekarz, od początku było prawdą.
Szlag.
Samotnik... nie, ten, um... cóż, super seksowny facet... unosi brew, a jego usta drgają, gdy powstrzymuje uśmiech.
– Tak – mówię, idąc w zaparte, bo w tym momencie, dlaczego by u licha nie? Zdradzili mnie, więc dlaczego ja nie mogę zrobić tego samego?
Nie, czekaj, Sienna, to wydaje się trochę popieprzone.
– Mój chłopak na odległość. Właśnie tu dotarł. Z... bardzo odległego stada.
Oczy Cassiana błyskają złotem, jego wilk pnie się na powierzchnię. – Myślisz, że to zabawne, Sienno?
– Nie – mówię niewinnie, wzruszając ramionami. – Myślę, że to prawda.
Samotnik nie reaguje – a przynajmniej nie tak, jak się spodziewam. Zamiast mnie poprawiać lub pogarszać niezręczność sytuacji, przysuwa się bliżej, a jego dłoń zaciska się na mojej talii, jakby tam było jej miejsce.
Moja skóra płonie w miejscach, których dotykają jego duże palce, nawet przez ubranie. Kurwa, każdy najmniejszy nerw w moim ciele ożywa pod dłońmi nieznajomego, którego nie powinnam nawet znać.
– Sienno. – Zostałam wyrwana z zamyślenia, gdy nieznajomy pochylił głowę do poziomu mojego ucha; natychmiast wyrwał mi się dreszcz, kiedy jego oddech owiał moją skórę.
– Nie musisz mu niczego tłumaczyć – dodaje, a jego głos jest niski i opanowany.
O moja Bogini.
Jego słowa wywołują dreszcz na moich plecach i nienawidzę tego, jak w mojej głowie od razu pojawia się pustka. Jest zbyt blisko, jest zbyt ciepły i stanowczo zbyt pewny siebie jak na kogoś, kto dosłownie wykrwawiał się kilka godzin temu w lesie.
Cassian robi krok do przodu, a jego wilk napiera na powierzchnię. – Zabieraj od niej łapska.
Mężczyzna ani drgnie. Jak na dwoje ludzi, którzy nawet nie znają jeszcze swoich imion, jest niezwykle pewny siebie.
– Ona jest już ze mną – mówi spokojnym tonem; nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że cała ta sytuacja jest poniżej jego godności.
To ten rodzaj spokoju, który natychmiast rozwściecza Cassiana.
– Ty skurwielu – warczy Cassian, rzucając się naprzód. Jego dłoń uderza w klatkę piersiową Malakaia, przygważdżając go do ściany. – Sienna to moja przeznaczona.
– Była – poprawiam pod nosem, ale nikt mnie nie słucha.
Malakai nawet nie drgnie. Patrzy na Cassiana z góry, jak na średnio interesującego robaka, a nikt, powtarzam, nikt nigdy nie potraktował tak kogoś takiego jak Cassian.
– Na twoim miejscu bym tego nie robił – mruczy równym tonem Malakai, a jego głos, choć cichy, brzmi bardziej stanowczo niż jakikolwiek krzyk.
Przez sekundę nic się nie dzieje.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Następnie wilk Cassiana rwie się naprzód, a jego oczy mienią się złotem. Ale ten blask migocze, przygasa, jakby jego wilk nie wiedział, co zrobić na widok Malakaia.
Cassian potyka się i cofa; chwyta się za głowę z grymasem bólu. – Co jest, kurwa?
C-co się dzieje?
Nawet Valentina wygląda na zdezorientowaną i w końcu zwraca na niego uwagę. – Cassian? – mówi piskliwym, drżącym głosem.
Ale Cassian nie odpowiada. Cofa się, a jego oczy na przemian błyskają złotem i błękitem, zanim ostatecznie przybierają swój normalny kolor.
Bez słowa odwraca się i odchodzi pospiesznie korytarzem, ciągnąc za sobą Valentinę.
– C-cassian... – Robię krok w przód. Chyba nie czuje się dobrze. Powinnam przynajmniej...
– Nie. – Cichy szept dobiega moich uszu, gdy zostaję pociągnięta w tył, zanim w ogóle ośmielam się zrobić kolejny krok.
Kiedy w końcu znikają, odwracam się gwałtownie do samotnika, zrywając jego dłoń z mojej talii.
– C-co to, do cholery, było? – syczę, krzyżując ramiona na piersi.
Przechyla głowę, a w jego zielonych oczach błyska rozbawienie. – Co mianowicie?
– Och, nie wiem – warczę. – Może ta część, w której stałeś tam, jakbyś nie krwawił dookoła, podczas gdy Cassian próbował cię zabić?
Wzrusza ramionami, jakby to nic takiego. – Pomyślałem, że dałbym mu radę.
– Pomyślałeś, że dałbyś mu radę – powtarzam, ociekając niedowierzaniem.
– Ha! O moja Bogini – śmieję się sama do siebie, po czym gwałtownie odwracam do niego głowę. – To twoje wyjaśnienie? Jesteś na wpół martwy i myślałeś, że dasz radę synowi Alfy?
– Tak – mówi po prostu, jakby stwierdzał, że na zewnątrz świeci słońce.
Jęczę, przeczesując dłonią włosy. – Jesteś niewiarygodny.
– Tak mi mówiono.
– A o co chodziło z tym, że jestem twoja? – domagam się odpowiedzi, mrużąc oczy, gdy powraca wspomnienie jego głosu na mojej szyi. Nie byłam stworzona do tak bliskiego kontaktu, ale muszę przyznać... te kilka sekund zepchnęło mnie na skraj wytrzymałości.
Nie podoba mi się to. Nie z kimś, kogo nawet nie znam.
Wyraz jego twarzy nieznacznie się zmienia – jest spokojny, nieodgadniony, ale z jakiegoś powodu bardziej intensywny. Robi krok bliżej, a jego przenikliwe, zielone oczy napotykają moje.
– Bo czuję, jakbyś nią była – warczy; jego głos jest łagodny, ale nieustępliwy.
Mój żołądek wykonuje fikołka, jakby brał udział w przesłuchaniu do cyrku. Cofam się, potrzebując przestrzeni – i może też zimnego prysznica – bo kto do cholery pozwolił, żeby nieznajomy był tak niesprawiedliwie gorący?
– K-kim ty jesteś? – szepczę, a serce łomocze mi w piersi.
Mężczyzna nie odpowiada, górując nade mną o – sama nie wiem – dobre trzydzieści centymetrów? A może i więcej.
Zamiast tego znów podchodzi bliżej, a jego obecność przytłacza moje i tak już płaczące serce.
I wtedy to do mnie dociera.
Ten mężczyzna – ten irytujący, ranny samotnik – może być najniebezpieczniejszą rzeczą, jaka mi się kiedykolwiek przytrafiła.
– Jesteś przerażający – mruczę pod nosem, zerkając na niego, gdy celowo znowu się przysuwa.
– Naprawdę? – Jego głos jest głęboki, chrapliwy i niemożliwie spokojny. Pochyla się, zniżając do poziomu moich oczu. Te przenikliwe, zielone tęczówki wpijają się w moje i przysięgam, że zapominam, jak się oddycha.
– Obudziły mnie te wszystkie krzyki – mówi, a kącik jego ust drga. – Jak na kogoś tak małego, jesteś niezwykle zadziorna.
Moja twarz natychmiast płonie. – Mam, kurwa, metr siedemdziesiąt, draniu – warczę, chociaż przy nim pewnie wyglądam jak wykałaczka.
Jego usta wykrzywiają się w najlżejszym uśmiechu. Najwyraźniej doskonale wie, jak bardzo gra mi na nerwach, i uwielbia to.
Prostuje się, przeczesując dłonią wciąż wilgotne włosy.
– Wracam do pokoju. – Odwraca się i stawia kilka kroków, po czym się zatrzymuje.
– Ale chcesz, żeby ten człowiek odszedł, prawda? – Jego mruknięcie staje się zimne i bezlitosne. Zerka na mnie przez ramię, a wyraz jego twarzy jest nieodgadniony. – Nic nie działa lepiej niż sama zazdrość.
Zanim zdążam odpowiedzieć, już go nie ma, a ja zostaję na korytarzu z walącym sercem.
Znajduję go w pokoju kilka minut później; leży rozwalony na łóżku, jakby było jego własnością. Odwraca głowę w moją stronę, gdy wchodzę do środka ze skrzyżowanymi ramionami. Wyglądam, jakbym była zdeterminowana, by utrzymać kontrolę nad tą sytuacją, i tak właśnie jest.
Mam samotnika w szpitalu. Właśnie przedstawiłam go jako mojego chłopaka na odległość. I jest znacznie dziwniejszy, niż myślałam.
Dlaczego to wszystko zrobiłam?
– Pozwolisz mi się znowu opatrzyć – mówię stanowczo.
Wzrusza ramionami, siadając powoli i krzywiąc się przy każdym ruchu. – Skoro nalegasz.
– Nie zgrywaj uroczego – mruczę, chwytając za materiały medyczne.
Gdy przyciskam czysty bandaż do jego klatki piersiowej, nie mogę nie zauważyć, jak twardy wydaje się pod moimi dłońmi. Jego mięśnie lekko napinają się pod moim dotykiem, ale on nawet nie drgnie.
– Gapisz się – mówi swobodnie, a jego głos wyrywa mnie z zamyślenia.
– Wcale nie! – wypalam, cofając ręce, jakby parzył.
– Jasne – mówi, a te ukształtowane przez samych bogów usta znów drgają.
Ugh, uderzyłabym go, gdyby nie był taki piękny.
Mrużę oczy, ale zamiast mu pyskować, popycham go za ramiona, aż znów leży. Nie stawia oporu, po prostu pozwala mi się traktować, jakby był jakimś cholernym szczeniakiem.
– Leż spokojnie – burczę, skupiając się na bandażach.
Nuci cicho i przez chwilę cisza wydaje się niemal... komfortowa.
– Jak masz na imię? – mruczę, starając się utrzymać równy głos. To najmniejsze, co może mi dać po tym... po tym wszystkim, co robił z tym dotykaniem wcześniej.
– Malakai – mówi, a słowo to zsuwa się z jego języka w tym głębokim, chrapliwym tonie.
Zatrzymuję się i spoglądam na niego. – Malakai, co? A co ty tu właściwie robisz?
Wyraz jego twarzy nie ulega zmianie, wciąż jest neutralny i nieodgadniony. – Nie wiem.
Mrugam. – Nie wiesz?
– Nie.
– To... dość ogólnikowe – mówię, odchylając się do tyłu, żeby mu się przyjrzeć. – Jesteś pewien, że nie jesteś tu w jakimś nielegalnym celu? Bo jeśli tak, wydam cię Gammie.
Jego usta znów drgają, ale tym razem wygląda na naprawdę rozbawionego. – Nielegalnym?
– Tak – mówię, kiwając poważnie głową. – Nielegalnym. Narkotyki, przemyt, zabójstwa – cokolwiek to jest w stosunku do Stada Brookstone, nie zamierzam być współwinna.
Jego twarz pozostaje całkowicie neutralna, ale dostrzegam w jego oczach najmniejszy błysk czegoś – rozbawienia? Irytacji? Trudno stwierdzić.
– Nie jestem tu w żadnym nielegalnym celu – mówi spokojnym głosem.
– To dobrze – odpowiadam, siadając z powrotem na piętach. – Bo nie chcę mieć z tym do czynienia.
Nie odpowiada, tylko wygląda przez okno. Na placu treningowym dużo się dzisiaj dzieje; setki naszych wojowników trenują z całych sił. Stado Brookstone to jedno z najsilniejszych stad na kontynencie, ustępujące jedynie Suwerennemu Stadzie Apex.
Największemu, najpotężniejszemu z nich wszystkich, liczącemu ponad dziesięć tysięcy członków i rządzonemu przez anonimowego Króla Alfy, o którym wszyscy wciąż mówią.
Malakai po prostu zamyka oczy, jakby skończył już tę rozmowę.
Zanim zdążę pociągnąć go za język, rozlega się pukanie do drzwi.
Doktor Clara wchodzi do środka, a jej bystre oczy natychmiast spoczywają na Malakaiu. – Dobrze, nadal żyje – mówi sucho, przemierzając pokój ze swoją podkładką z klipsem.
– Zaledwie – mruczę, wstając, by zrobić jej miejsce.
Sprawdza jego parametry życiowe, lekko marszcząc brwi, gdy coś notuje. – Ma amnezję – mówi bez ogródek, patrząc na mnie.
Mrugam. Raz, dwa, trzy.
– Ma co?
– Amnezję – powtarza, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Prawdopodobnie od jakiejś traumy, której doświadczył, zanim go tu przyciągnęłaś.
– Wcale go nie przyciągnęłam! – protestuję, ale zbywa mnie machnięciem ręki.
– I podobno jesteś jego dziewczyną, prawda? – dodaje, unosząc brew. – Czy nie to właśnie powiedziałaś wszystkim?
Moja twarz znów płonie. – To było... on nie jest... to znaczy...
Oczy Malakaia lekko się otwierają i przez chwilę przysięgam, że widzę cień rozbawienia przemierzający jego twarz.
– Jasne – ucina doktor Clara. – Cóż, skoro on zostaje, ktoś będzie musiał powiedzieć o tym Gammie Alistairowi. A sądząc po obecnej sytuacji, tym kimś będziesz ty.
Jęczę. Oczywiście, że to muszę być ja.
– I życzę powodzenia – dodaje suchym tonem. – Bo Cassian prawdopodobnie wciąż siedzi w jego gabinecie i kłóci się o to, jak pewien ktoś... – wskazuje na Malakaia – ...dostał się na teren stada.
Doktor Clara uśmiecha się do mnie z góry. – Niech wygra lepszy!
O Bogini, co ja narobiłam?
















