– Co właśnie powiedziałaś?
Korytarz cuchnął środkiem dezynfekującym i złymi decyzjami. Moje buty szurały o linoleum, gdy skręcałam za róg, a serce biło coraz mocniej z każdym krokiem. Powinnam była uciekać – ba, pędzić co sił w nogach – ale węzeł w mojej klatce piersiowej zaciskał się tym bardziej, im bliżej byłam głosu Cassiana.
Boże, spraw, bym zdążyła się stąd wydostać.
Byłam w połowie korytarza, gdy niski, gardłowy warkot sprawił, że zamarłam w miejscu. W żołądku mi się przewróciło. Skręciłam w bok i oto był.
Cassian.
Jego dłoń była zaciśnięta na gardle doktor Clary, jej stopy dyndały kilka centymetrów nad ziemią, słabo kopiąc w powietrzu. Jego oczy płonęły złotem, ostre i dzikie, zupełnie niepodobne do tych obojętnych, niebieskich oczu, które patrzyły przeze mnie, gdy mnie odrzucał.
Wilk przejął nad nim kontrolę.
– Co właśnie powiedziałaś? – Jego głos był surowy, to był brutalny warkot, który zdawał się trząść ścianami.
Szlag.
– Cassian, puść ją! – krzyknęłam, rzucając się do przodu. Moje dłonie naparły na jego klatkę piersiową, ale on ani drgnął. To było jak próba przesunięcia góry.
Paznokcie Clary wbijały się w jego dłoń, a jej twarz przybrała alarmujący odcień czerwieni.
– Cholera, cholera – puść ją, do jasnej kurwy!! – Popchnęłam go ponownie, tym razem mocniej, podczas gdy panika dławiła mnie w gardle.
Jego spojrzenie spoczęło na mnie, te żarzące się oczy lekko się zwęziły. Przez sekundę myślałam, że może faktycznie posłucha.
Nie posłuchał.
– Kurwa, Cassian! – wrzeszczę, uderzając go teraz w pierś.
Jego uścisk zelżał na tyle, że Clara osunęła się na podłogę, łapiąc powietrze i trzymając się za gardło. Upadłam na kolana obok niej, ręce mi drżały, gdy pomagałam jej usiąść.
– Wszystko w porządku? – Mój głos ledwie był stabilny.
Jej oczy wystrzeliły w stronę Cassiana, szerokie i pełne czystego przerażenia. – Ja... –
Nie miała szansy dokończyć.
Ręka Cassiana wystrzeliła, chwytając mnie za nadgarstek i stawiając do pionu. Zanim zdążyłam zareagować, plecy uderzyły o ścianę, a impet wybił mi dech z płuc.
– Wynocha – warknął do Clary, nawet na nią nie patrząc.
Nie trzeba było jej powtarzać dwa razy. Podniosła się chwiejnie, a stukot jej obcasów o płytki oddalał się, gdy uciekała, z urywanym i nierównym oddechem.
Zostałam z nim sama.
Jego złote oczy wbiły się w moje, a ich intensywność sprawiła, że przewróciło mi się w żołądku.
– Co z tobą do cholery jest nie tak? – splunęłam, szarpiąc się w jego uścisku. Jego dłoń była jak z żelaza, przybijając mnie do zimnej ściany.
– Kim on jest? – Jego głos był niski, groźny, jak cisza przed burzą.
Serce mi zamarło. – Kto?
– Nie rżnij głupiej, Sienna. – Jego uścisk na moim nadgarstku zacieśnił się, a ja syknęłam z bólu. – Chłopak na odległość? Kto to kurwa jest?
Moje myśli gorączkowo szukały odpowiedzi, ale jedyne, o czym mogłam myśleć, to ten mężczyzna w sali. Jego nieprzytomne ciało. Bezbronny. Jeśli Cassian dostanie go w swoje ręce w tym stanie –
– To nie twój interes, do cholery! – warknęłam, a panika wyostrzyła mój ton.
Jego usta wygięły się w warkocie, jego twarz była centymetry od mojej. – To jak najbardziej mój interes. Wciąż jesteś moją towarzyszką – warknął.
– Nie, nie jestem! – Popchnęłam jego pierś wolną ręką, ale on nawet nie drgnął.
Jego nos musnął moją szyję, a ja znieruchomiałam. Wciągnął głęboko powietrze, a jego gorący oddech owiał moją skórę.
– Cuchniesz nim – mruczy, a jego głos jest niskim mrukiem.
O nie, mowy nie ma.
– Cassian, przestań! – Mój głos się załamał, był szorstki i pełen paniki.
Jego złote oczy spojrzały w moje, ciemne i złowrogie. – Coś ukrywasz.
– Nie ukrywam –
Dźwięk stukających obcasów przeciął napięcie.
– Cassian, kochanie, co się dzieje?
Valentina.
Jej głos był mdło słodki, z rodzaju tych, od których zgrzyta się zębami. Podeszła ostrożnie, a jej wypielęgnowane paznokcie sięgnęły jego ramienia.
– Puść ją, dobrze? Już ją odrzuciłeś. Po co w ogóle marnujesz na nią czas? – dodała miękkim, przymilnym tonem.
Jego głowa odwróciła się gwałtownie w jej stronę, a z jego gardła wyrwał się warkot. – Nie dotykaj mnie – splunął, a w jego głosie było więcej wilka niż człowieka.
Cofnęła się, a jej idealna maska opadła na tyle, by ukazać błysk strachu. – Cassian, to ja. No dalej, kochanie, puść tę obrzydliwą omegę.
Zignorował ją, przenosząc uwagę z powrotem na mnie. Jego dłoń chwyciła mnie za podbródek, zmuszając, bym na niego patrzyła.
– Coś ukrywasz – powtórzył śmiertelnym szeptem.
– Cassianie, proszę – szepnęłam, a łzy zaczęły mi spływać po policzkach.
Valentina szarpnęła mocniej za jego ramię. – Cassian, przestań! Ja już tu jestem, kochanie. Jestem tym, czego potrzebujesz!
Nie patrząc na nią, odepchnął ją od siebie. Upadła na ziemię z przerażonym okrzykiem, jej idealne blond włosy rozsypały się na twarzy.
Zamarłam. Jeśli Valentina nie potrafiła go z tego wyciągnąć, to co ja mam do cholery zrobić?
– Cassian, posłuchaj mnie. – Mój głos drżał, ale mimo to zmusiłam się do mówienia. – Między nami już koniec, pamiętasz? Odrzuciłeś mnie! Teraz mnie puść!
Ale on nie puszczał. Zamiast tego znów wciągnął głęboko powietrze, pocierając nosem o moje ramię. Jego ciało zesztywniało, a złote oczy niebezpiecznie się zwęziły.
– Cuchniesz nim – powiedział niskim warkotem.
– K-kim? – Mój głos był ledwie szeptem.
Jego wzrok wystrzelił w stronę drzwi gabinetu, z którego przed chwilą uciekłam.
O nie.
Ten mężczyzna. Oczywiście, niosłam go i tuliłam, niosąc z lasu do szpitala. Musiałam nim śmierdzieć. Szlag.
Usta Cassiana wygięły się w warkocie i odwrócił się w stronę drzwi, a jego ruchy były szybkie i celowe.
Krew ścięła mi się w żyłach. Szlag.
– Cassian, nie... –
Już szedł w stronę drzwi, za którymi leżał nieprzytomny mężczyzna, każdy mięsień w jego ciele był napięty, a złote oczy wciąż płonęły dziką furią jego wilka. Nie zastanawiałam się, co powiem za chwilę, nie planowałam wypowiedzieć tych słów na głos.
Desperacja mną zawładnęła i zanim zdążyłam pomyśleć, słowa same wypadły mi z ust.
– Przyjmę odrzucenie!
Kurwa.
Cassian zamarł w pół kroku, a jego głowa odwróciła się w moją stronę, jakbym go właśnie uderzyła. Złoto w jego oczach przygasło, wycofując się, gdy błękit oceanu jego ludzkiej strony zaczął powracać. Mrugnął raz, potem drugi, jakby próbował przetworzyć te słowa.
Prawdziwy Cassian wrócił.
– Co? – Słowo wyszło ochryple, surowo, jakbym właśnie wyrwała z niego coś niezbędnego do życia.
Wpatruję się w niego, zdezorientowana.
Czy to nie było to, czego chciał? Dał to jasno do zrozumienia, gdy paradował z Valentiną, zgłaszając do niej roszczenia, podczas gdy mnie odrzucił przy wszystkich. Dlaczego więc teraz patrzył na mnie, jakbym go właśnie wypatroszyła?
– Przyjmuję je – powtórzyłam, chwytając się za ramiona, by ręce przestały mi drżeć. – Odrzucenie. Nie chcesz mnie jako towarzyszki, a ja mam dość trzymania się czegoś, co... – Mój głos zadrżał, ale zdusiłam gulę w gardle. – Co nigdy nie było prawdziwe.
Przez chwilę panowała kompletna cisza. Nawet jego wilk zdawał się być ogłuszony, wycofując się całkowicie, gdy jego złote oczy, które powoli wracały do błękitu, wbiły się w moje.
– Sienna – zaczął, jego głos był teraz niższy, niemal niepewny.
– Nie. – Przerwałam mu, zanim zdążył wypowiedzieć jakąkolwiek wymówkę, która według niego miałaby to ułatwić. – To nie podlega dyskusji.
Chcę mu powiedzieć wszystko. Jak bardzo jestem zmęczona uganianiem się za kimś, kto nigdy nawet się nie odwrócił, by na mnie spojrzeć. Jak każde moje poświęcenie – mój sen, moje szczęście, moje przeklęte zdrowie psychiczne – było dla kogoś, kogo to nie obchodziło.
Ale nie mogłam. Nie teraz, gdy stał tam, wyglądając, jakby chciał powiedzieć coś, co mogłoby cofnąć wszystko, co właśnie wyznałam.
– Dlaczego? – Jego głos pękł i to mnie zaskoczyło.
Dlaczego?
Dlaczego teraz?
Dlaczego po latach traktowania mnie jak nic nieznaczącego śmiecia?
– Ponieważ – powiedziałam, przełykając ślinę – jestem zmęczona. Poddaję się, Cassianie.
Jego szczęka się zacisnęła, a pięści zwinęły u boków. Przez sekundę myślałam, że może będzie oponował, może spróbuje mnie zatrzymać.
Ale tego nie zrobił.
Cassian cofnął się o krok, a w jego niebieskich oczach błysnęło coś, czego nie potrafiłam nazwać.
Żal? Ból? Nie. To niemożliwe. Nie u niego.
Głos Valentiny przeciął powietrze niczym paznokcie po tablicy, drżąc na tyle, by brzmieć żałośnie. Uczepiła się ramienia Cassiana, zadzierając do niego głowę z załzawionymi oczami, które praktycznie krzyczały: „jestem ofiarą”.
– Cassianie, proszę – jęknęła, a jej palce zacisnęły się na jego przedramieniu. – Po prostu zostaw ją w spokoju. Pewnie próbuje tylko pobudzić swojego wilka, żeby namieszać ci w głowie. Wiesz, jakie potrafią być Omegi.
Omegi, oczywiście. Jakbyśmy byli jakimś wybrakowanym gatunkiem.
Jej słowa odniosły pożądany skutek. Szczęka Cassiana się zacisnęła, a brwi zmarszczyły, jakby walczył z oskarżeniem, które właśnie zasiała. Tak, to cały on.
Przez chwilę myślę, że naprawdę się odwróci i wyjdzie z nią. W końcu powiedział mi, że nie może uwierzyć, iż Bogini sparowała go, przyszłego Alfę, z taką Omegą jak ja.
Ale wtedy, w ruchu, który zaskoczył nawet mnie, wyrwał ramię z jej uścisku.
– Dość, Valentino – warknął, na tyle ostro, by się wzdrygnęła.
– Ale... – zaczęła, ale nie pozwolił jej skończyć.
– Powiedziałem: dość. – Jego oczy, ta dziwna, wirująca mieszanka złota i błękitu, znów spoczęły na mnie. – Sienna.
Mrugam, zbita z tropu sposobem, w jaki wypowiedział moje imię. Jakby było czymś świętym. Czymś, czego jeszcze nie wyrzucił na śmietnik.
– Dlaczego? – pyta, a jego głos jest teraz niższy, niemal zdesperowany. – Dlaczego miałabyś to przyjąć? Mówiłaś, że mnie kurewsko kochasz.
Miłość?
Gorzka śmiech wezbrał w moim gardle, ale go zdusiłam. Łzy zaczęły zbierać się w kącikach moich oczu. Nie zamierzam płakać. Nie, nie dam im tej satysfakcji.
– Odrzuciłeś mnie, Cassianie. Wyraźnie pokazałeś mi, gdzie jest moje miejsce. A raczej, gdzie go nie ma.
Wzdrygnął się, jakbym go spoliczkowała, ale nie obchodziło mnie to. Skończyłam z tą grą.
– Sienna... –
Drzwi za mną skrzypnęły, zanim zdążył skończyć.
I wtedy się pojawił.
– Ale przedstawienie... – wydobył się niski, gardłowy warkot.
Ten głos był głęboki, spokojny i jakimś cudem zimniejszy niż furia Cassiana.
Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, kto to jest.
Bosy i bez koszulki, miał na sobie jedynie nisko opuszczone szare spodnie dresowe, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, jakby właśnie przebiegł maraton. Jego oliwkowa skóra prezentowała sześciopak? Nie, ośmiopak, skóra wciąż była jakoś natłuszczona od olejku, który wcierałam w niego wcześniej. Włosy wciąż miał wilgotne, pasma opadały na te przeszywające, szałwiowo-zielone oczy, które przyszpiliły Cassiana w miejscu – to był ten mężczyzna, potężny wilk, którego uratowałam w lesie.
Zaraz, zielone?
Czy on nie miał czerwonych oczu?
– Ty... ah!
Zapowietrzyłam się, gdy jego ramię owinęło się wokół mojej talii, pewnie i zaborczo, przyciągając mnie do siebie, jakbym do niego należała. I do cholery, czuję, jakbym naprawdę należała.
– Wolałbym, żeby nikt nie kradł mojej kobiety, kiedy śpię. – Tajemniczy, niesamowicie przystojny mężczyzna zawarczał, a jego głos był niski i groźny, każde słowo przeszywało wszystkich obecnych na korytarzu.
Oczy Cassiana wystrzeliły w stronę miejsca, gdzie dłoń mężczyzny spoczywała na moim biodrze, jego usta rozchyliły się, jakby chciał coś powiedzieć. Jego oczy powoli zaczęły się zmieniać...
Ale nic nie wyszło z jego ust.
Powietrze zgęstniało od czegoś, czego nie potrafiłam nazwać i wiedziałam jedno – cokolwiek wydarzy się dalej, z tym człowiekiem w Watasze Brookstone już nigdy nic nie będzie takie samo.
No to pięknie.
















