*Kaelen*
— Czy ty kompletnie upadłeś na głowę?!
Rowan odwrócił się tak szybko, że aż się potknął — ruch zdecydowanie zbyt niezdarny jak na alfę, ale tak bardzo naturalny i znajomy u mojego najlepszego przyjaciela.
Bogini Księżyca, jak ja za nim tęskniłem. Mogłem to przyznać przed samym sobą, mimo szalejącej we mnie wściekłości. A kiedy wyszczerzył się do mnie mimo moich słów, niemal pozwoliłem gniewowi odpłynąć. Niemal.
— Kael! — krzyknął uradowany Rowan, zarzucając mi ramiona na szyję i poklepując mnie czule po plecach. Nie mogłem się powstrzymać. Zrobiłem to samo. — Zignoruję te pierwsze słowa, które we mnie rzuciłeś, i po prostu przez chwilę pocieszę się faktem, że widzę mojego najlepszego kumpla pierwszy raz od dwóch pieprzonych lat! Stary, wyglądasz świetnie!
Cały promieniał uśmiechem — wyrazem twarzy zarezerwowanym tylko dla mnie i Elory.
Boże, nawet myślenie o jej imieniu boli.
W końcu pękłem, a moje usta drgnęły w uśmiechu. Naprawdę dobrze było go widzieć.
— Taa, ty też — powiedziałem, zauważając zmiany, jakie zaszły w nim, gdy z nastolatka stał się mężczyzną, i próbując wymazać z pamięci obrazy zmian, które zauważyłem wcześniej u Elory — choć w CAŁKOWICIE inny sposób.
Przełknąłem ciężko ślinę, skupiając się na przyjacielu.
— Stary, brakowało mi ciebie i były dni, kiedy czułem, że oddałbym wszystko, żeby móc z tobą pogadać, ale jak mogłeś ją tu sprowadzić?!
No i wściekłość wróciła. Na jego twarzy na moment pojawiła się konsternacja, którą szybko zastąpiło zrozumienie.
— El? — zapytał, po czym wypuścił powietrze i ścisnął nasadę nosa. — Taa, dla mnie to też była niespodzianka. Prawie się przede mną przemknęła i tu przyjechała.
— Więc nie przyjechała z tobą? — zapytałem zdezorientowany.
— Oczywiście, że przyjechała. Musiałem wejść tu razem z nią, żeby każdy samiec wiedział, że ma się trzymać od niej, kurwa, z daleka. — To był Rowan, którego pamiętałem — ten sam, który ostrzegł mnie przed laty. To był jedyny raz, kiedy nie był moim najlepszym przyjacielem.
Najgorsze dwie minuty mojego życia.
— Więc dlaczego? — starałem się maskować gniew najlepiej jak potrafiłem. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było to, żeby pomyślał, że za bardzo mi zależy. Oczywiście nie uznałby mojej troski za dziwną, bo w zasadzie dorastaliśmy razem odkąd oni mieli pięć lat, a ja sześć. Wiedział, że mi na niej zależy. Ale nie mogłem pozwolić, by wyglądało to na coś więcej.
— Zapisała się za moimi plecami! — Rozłożył ręce, jakby wciąż nie mógł w to uwierzyć. — Praktycznie mi groziła, a jest uparta jak diabli.
Moje usta lekko drgnęły. Taa, to cała Elora.
Ale po chwili znów spoważniałem, gdy uderzyła we mnie rzeczywistość.
— Ona nie może tu zostać, Rowan. Jeśli przez te dwa lata, kiedy mnie nie było, nie przeszła szkolenia bojowego, to miejsce ją zabije.
Ignoruję ból i oczywiste przerażenie w piersi na tę myśl.
— Wiem. Wiem. — Westchnął, gdy dziedziniec opustoszał, a większość pierwszoroczniaków udała się już do swoich dormitoriów. — Ale będę ją trenował. Pomogę jej. Przyjechałaby tu ze mną czy bez mnie, Kael. Nie mogłem jej powstrzymać.
— Nie mogłeś jej zamknąć? Powiedzieć rodzicom? — zapytałem poirytowany, na co posłał mi wymowne spojrzenie.
No tak. Elora może nie była najlepsza w walce, ale była cholernie błyskotliwa i była genialną strateżką.
Wielokrotnie Rowan i ja próbowali zostawić ją w tyle, gdy wyruszaliśmy na nasze „niebezpieczne wyprawy”, tylko po to, by za każdym razem zastać ją na miejscu przed nami albo w drzwiach z tym jej złośliwym komentarzem: „Długo wam zeszło. To co, idziemy czy nie?”.
Niemal uśmiecham się na wspomnienie młodej Elory, zanim mój umysł szybko porównuje to z jej obecnym wyglądem. Przełykam ślinę, starając się wyczyścić ten obraz z głowy — bestia we mnie zaczyna się budzić.
— Musimy ją stąd wyciągnąć — powiedziałem zamiast tego.
— Nie możemy — zaoponował. — Jak już jesteś w ASA—
— To nie ma wyjścia, wiem to — warknąłem bezwiednie. — Ale Rowan, jestem tu od dwóch lat, rozumiesz? Widziałem tutejsze wyzwania wręcz i wilk-kontra-wilk. To nie ma nic wspólnego z tym, jak trenujemy w domu. Ludzie tu giną, Rowan. Ludzie, którzy nie potrafią walczyć, giną. A następne wyzwanie jest za dwa tygodnie… odbywają się co dwa tygodnie. Płeć nie ma tu znaczenia, więc jeśli trafi na samca—
— To go, kurwa, zabiję. — Nie żartował.
— Skręci jej kark, zanim zdążysz się zbliżyć — syknąłem. — Słuchaj, Rowan. Ona jest dla mnie ważna, ale ty jesteś moim najlepszym przyjacielem. Nie chcę, żebyś cierpiał, jeśli coś jej się stanie — skłamałem bezwstydnie.
Tak, cierpiałbym, gdyby Rowana spotkała krzywda, ale to ledwo dotyczyło Rowana; bardziej egoistycznie chodziło o mnie. Umarłbym, gdyby ona umarła.
Ona o tym nie wie, a ja zadbałem, by się nie dowiedziała. Ale tak by było.
— Przygotuję ją — powiedział z pewnością w głosie. — Będę groził każdemu jednemu wilkowi tutaj, jeśli zajdzie taka potrzeba, dopóki nie nauczy się walczyć na tyle dobrze, by poradzić sobie samej. Nie stracę jej, Kael. Nie stracę. — Powaga w jego głosie odrobinę ukoiła szalejącą we mnie burzę.
Przynajmniej pocieszający był fakt, że Rowan wciąż był jej najbardziej zaciekłym obrońcą. To dlatego dwa lata temu byłem w stanie tak łatwo odejść. Wiedziałem, że ją zraniłem. Wiedziałem, że prawdopodobnie ją zniszczyłem i nienawidziłem się za to każdego dnia. Ale tak było najlepiej. Była silna. Przeżyje.
I musi przeżyć także to.
— Plany zajęć pierwszego roku są najbardziej napięte, zwłaszcza u samców — powiedziałem mu. — Choć teraz przyjmują wilczyce z krwią alfy, samce wciąż są uważane za… wyższe rangą i dlatego na pierwszym roku mają więcej treningów niż one. Nie będziesz miał na nic czasu.
Znów fuknął. — Znajdę sposób — wycedził przez zęby. — To moja siostra, Kael. Znajdę sposób. — Ostateczny ton jego głosu wystarczył, bym odpuścił.
Kiedy byliśmy dziećmi i okazywałem zbyt duże zainteresowanie jej bezpieczeństwem czy zdrowiem, zawsze dawał mi do zrozumienia, że sam potrafi zadbać o swoją siostrę.
Wycofałem się więc.
Dokładnie tak, jak robiłem to teraz.
— Dobra — powiedziałem w końcu, kończąc temat, a on rozluźnił się, wracając do swojego dawnego ja.
— Nie wierzę, że naprawdę tu jestem. — Poklepał mnie po plecach, łapiąc torbę i zerkając na swoją kartę. — Znów będziemy się widywać codziennie.
Znów będę ją widywał codziennie.
Nie wiem, czy czułem przerażenie, czy ekscytację… czy jedno i drugie.
Ale szanse na to, że dożyję ukończenia szkoły, nie wyglądały już zbyt różowo.
I nie mam tu na myśli śmierci w jakimś pieprzonym wyzwaniu.
















