*Elora*
Akademia była dokładnie taka, jakiej się spodziewałam — bezlitosna, brutalna i wykańczająca.
Po dwóch dniach byłam już obolała w miejscach, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Nasze pierwsze zajęcia dotyczyły strategii i polegały głównie na tym, że studenci trzeciego i czwartego roku dominowali w dyskusji, podczas gdy my, pierwszoroczniacy, robiliśmy notatki jak grzeczni uczniowie.
Szybko nauczyłam się, że akademia nie bawi się w stopniową naukę. Albo dotrzymujesz kroku, albo zostajesz w tyle.
A ja odmawiałam zostania w tyle.
— Wyglądałaś, jakbyś chciała sobie tam wydłubać oczy — wymamrotała Slo, gdy wyszłyśmy z sali wykładowej na kamienną ścieżkę prowadzącą do akademików.
Tereny akademii ciągnęły się przed nami bez końca, granicząc z gęstym, wysokim lasem, który oddzielał nas od świata zewnętrznego. Powietrze było rześkie, niosło zapach sosny, wilgotnej ziemi i wilków.
— Powiedz mi, to przez same zajęcia, czy przez to, jak ci kolesie ciągle wchodzili ci w słowo?
Fuknęłam. — Przez jedno i drugie.
Slo parsknęła, poprawiając pasek torby.
— Witaj w Akademii Strażników Apex, gdzie jeśli nie masz jaj, to równie dobrze możesz być niewidzialna.
— No jasne. Świetnie. — Przewróciłam oczami. — Swoją drogą, wciąż nie przydzielili nam trzeciej osoby do pokoju. Myślisz, że może nam się upiec i będziemy miały akademik tylko dla siebie?
Slo poruszyła brwiami. — Dwuosobowy pokój bez piątego koła u wozu? To szczyt marzeń. Trzymajmy kciuki, żeby system zapomniał nam kogoś przypisać.
Uśmiechnęłam się pod nosem, czując rzadką chwilę lekkości. Slo była tu pierwszą osobą, która nie traktowała mnie jak zawady.
Gdy szłyśmy, moje myśli odpłynęły ku bardziej palącej kwestii. Zerknęłam z ukosa na Slo. — Więc… umiesz walczyć?
— Oczywiście — parsknęła, po czym posłała mi spojrzenie, jakbym zapytała ją, czy umie oddychać. — Siedmiu braci, pamiętasz? Walka była u nas umiejętnością przetrwania.
Przełknęłam ciężko ślinę. — Szczęściara z ciebie.
— Dlaczego? A ty nie umiesz? — zapytała, mrużąc lekko oczy.
Moje milczenie było wystarczającą odpowiedzią. Zatrzymała się i odwróciła całkowicie w moją stronę. — Czekaj… ty naprawdę nie umiesz walczyć?
Skrzyżowałam ramiona, wiercąc się niekomfortowo. — Nigdy nie trenowałam. Moi rodzice uważali, że nie potrzebuję. Próbowałam uczyć się sama, ale zaczynam myśleć, że to był błąd.
Slo cicho zagwizdała. — Kurde. I zapisałaś się do tego miejsca?
— To nie był przypadek.
Przyglądała mi się przez chwilę, po czym wzruszyła ramionami. — Cóż, dobra wiadomość. Mamy wolne godziny, a ja się nudzę. Nauczę cię.
Ulga zalała mnie tak gwałtownie, że niemal się zachwiałam. Miałam Rowana, owszem, ale wiedziałam, że jego czas na treningi jest ograniczony. Pomoc Slo mogła zadecydować o tym, czy przeżyję pierwsze wyzwanie, czy zostanę całkowicie zmieciona z powierzchni ziemi.
— Ja… — zawahałam się. — Naprawdę to doceniam.
Slo uśmiechnęła się zawadiacko. — Lepiej żebyś doceniała. Nie proponuję treningów byle komu.
Zanim zdążyłam jej ponownie podziękować, mój wzrok coś przykuło — a raczej ktoś — kawałek przed nami.
Kaelen.
Szedł z grupą trzecioroczniaków, śmiejąc się z czegoś, co powiedział jeden z nich. Widok Kaela śmiejącego się — tak naprawdę śmiejącego się — wywołał dziwne kłucie w mojej piersi. Przez ostatnie dwa dni widywałam go tylko przelotnie, ale zawsze był przy nim Rowan albo na odwrót. Nie miałam ani jednej okazji, by dorwać go samego.
Aż do teraz.
Slo zauważyła kierunek mojego spojrzenia i uśmiechnęła się chytrze. — Oooo. Masz oko na kogoś z trzeciego roku? Ambitnie, podoba mi się — droczyła się.
Odetchnęłam głęboko. Może mogłam jej zaufać. Może.
— Chrzanić to — wymruczałam pod nosem. — On jest moim mate.
Slo zakrztusiła się powietrzem. — Słucham?!
Zanim zdążyła domagać się szczegółów, ja już byłam w ruchu.
— Porozmawiamy o tym później! — krzyknęła za mną, a w jej głosie wciąż pobrzmiewało niedowierzanie.
Ledwo ją słyszałam. Puls dudnił mi w uszach, gdy maszerowałam prosto w stronę Kaela, który stał tyłem, całkowicie nieświadomy, że właśnie dogoniła go przeszłość.
Nie zatrzymałam się, dopóki nie stanęłam tuż za nim. — Kaelen.
Zamarł. Chłopaki wokół niego zamilkli, wyczuwając zmianę nastroju w powietrzu. Powoli odwrócił się, a jego ostre niebieskie oczy spoczęły na moich. Widziałam, jak błysnęło w nich rozpoznanie, a po nim coś jeszcze — coś mrocznego i pełnego sprzecznych emocji.
Nie odezwał się.
Inni zerknęli po sobie, wyczuwając napięcie. Jeden z nich wymruczał: — Złapiemy cię później, stary.
I wtedy zostaliśmy sami.
Sami, po dwóch latach.
Serce waliło mi o żebra. Zaplanowałam milion sposobów, jak mogłaby potoczyć się ta konfrontacja, ale stojąc tutaj, twarzą w twarz z nim, moje myśli się pomieszały.
Zacisnęłam pięści. — Serio zamierzasz udawać, że nie istnieję?
Zacisnął szczękę. — Elora—
— Nie. — Przerwałam mu. — Nie masz prawa wypowiadać mojego imienia w ten sposób. Nie po tym wszystkim.
— Elora — powtórzył w ten sam sposób, a ja aż zadrżałam. Cholerny zdradziecki organizm.
Wypuścił gwałtownie powietrze, przecierając twarz dłonią. — Nie powinno cię tu być.
Zadrwiłam. — Wow. To pierwsza rzecz, jaką masz mi do powiedzenia?
— Mówię poważnie, Elora.
Zrobiłam krok bliżej, butnie unosząc podbródek. — Cóż, jestem tutaj. I nigdzie się nie wybieram. Więc powiedz mi — co się do cholery stało tamtej nocy? Dlaczego odszedłeś? Czy byłam aż tak beznadziejna?
Przez moment poczucie krzywdy i niepewność podgryzały mnie od środka, ale szybko zamaskowałam to determinacją.
Jego oczy drgnęły, toczyła się w nich jakaś walka. Przez ułamek sekundy myślałam, że naprawdę mi odpowie. Ale potem jego wyraz twarzy stwardniał.
— Nie pasujesz tutaj — powiedział głosem zimnym i ostatecznym.
Te słowa uderzyły mnie jak spoliczkowanie. Zapowietrzyłam się, a palce mi zadrżały z ochoty, by mu oddać — może nie fizycznie, ale słowami wystarczająco ostrymi, by go zranić.
Przełknęłam ból. — Jesteś tchórzem, Kaelen.
Jego oczy pociemniały. — A ty jesteś lekkomyślna. To miejsce zje cię żywcem, a mnie nie będzie przy tobie, żeby cię ratować.
Zbliżyłam się jeszcze bardziej, tak że nasze ciała niemal się ocierały. — Nigdy nie prosiłam, żebyś mnie ratował.
Jego nozdrza rozszerzyły się i przez uderzenie serca przestrzeń między nami gęstniała od czegoś elektryzującego, czego żadne z nas nie chciało nazwać.
Potem, równie szybko jak to przyszło, uciął to. Jego twarz stała się nieprzenikniona i cofnął się o krok.
— Trzymaj się ode mnie z daleka, Elora. — Westchnął, jakby moja obecność była ciężarem. — I zrób nam wszystkim przysługę: nie zgiń. Rowan byłby zdruzgotany.
— Taa… Rowan. — Prychnęłam. Bezczelność tego dupka nie znała granic.
Powinnam była pozwolić mu odejść. Powinnam była zakończyć tę rozmowę i oszczędzić sobie bólu.
Ale nie byłam taką dziewczyną.
— Udowodnię ci, że się mylisz — powiedziałam cicho, a w moim głosie pobrzmiewała stal. — A kiedy to zrobię, pożałujesz każdego słowa.
Po raz pierwszy zobaczyłam, jak w jego spojrzeniu coś mignęło — coś niebezpiecznie bliskiego żalowi.
A potem odwrócił się i odszedł, zostawiając mnie tam z łomoczącym sercem i obietnicą płonącą w piersi.
Byłam taka głupia. Taka cholernie głupia.
Zaryzykowałam życie dla tego? Żeby mi powiedział, że moja śmierć byłaby straszna dla Rowana?
Chrzanić to. Chrzanić jego.
Nie złamie mnie ponownie.
Nie tym razem.
















