Harper
Sen uderzył niczym fala, której nie zauważyłam – szybki, ciężki i niemożliwy do uniknięcia.
Znowu byłam na tamtym moście.
To nie było mgliste wspomnienie ani na wpół zapomniany sen – to wydawało się aż nazbyt realne. Stara drewniana podłoga skrzypiała pod moimi stopami, jakby była zmęczona i nie chciała mnie tam widzieć. Powietrze zdawało się gęste, jakby wstrzymywało oddech. Nad głową niebo zasnuły ciężkie chmury, takie, które zwiastują, że coś nadchodzi, nawet jeśli jeszcze się nie pojawiło.
A na drugim końcu mostu… był Declan.
Po prostu tam stał.
Obserwował mnie.
Jakby czekał.
Nic nie mówił. Nie poruszył się. Ale było coś w tym, jak stał – ramiona napięte wzdłuż ciała, oczy niemożliwe do odczytania – co sprawiało, że żołądek wywracał mi się na drugą stronę. Jakby część jego chciała podejść bliżej, a reszta mu na to nie pozwalała.
Próbowałam coś powiedzieć. Nawet nie wiem, co zamierzałam wykrztusić, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
A kiedy zrobiłam krok do przodu, drewno pode mną pękło – nie tylko skrzypnęło, ale trzasnęło, jakby w końcu miało dość.
*A potem spadałam.*
*Szybko.*
*Bez krzyku, bez walki. Po prostu… spadałam, czując ten dziwny brak ciężkości w żołądku, jak w tej chwili na kolejce górskiej, tuż przed uświadomieniem sobie, że nie ma się już nad niczym kontroli.*
*Ale najgorszy wcale nie był upadek.*
*Najgorszy był wyraz twarzy Declana tuż przed tym, jak się ześlizgnęłam – jakby wiedział. Jakby już to wcześniej widział. Jakby jakaś część jego zdążyła się z tym pogodzić.*
*A mimo to… nie drgnął.*
Obudziłam się gwałtownie.
W pokoju było dość ciemno, tylko odrobina porannego światła wdzierała się przez zasłony. Byłam spocona, a moje serce wciąż waliło, jakby nie dotarła do niego wiadomość, że koszmar się skończył.
Siedziałam tak przez chwilę, oddychając głęboko. Próbowałam otrząsnąć się z wrażenia, że coś podążyło za mną ze snu. Ale to uczucie nie znikało – głos Declana, spojrzenie jego oczu, cicha desperacja, której sobie nie uroiłam.
Kolejny dzień w Crescentfall.
Zwlekając się z łóżka, narzuciłam ubrania i zrobiłam, co mogłam, by zepchnąć ten sen – i wszystko inne – w głąb siebie. Ale czułam ucisk w piersi. Wspomnienie wściekłego spojrzenia Garreta, ostrego polecenia Declana, groźby Vivian… to wszystko szło za mną jak cień, gdy opuszczałam akademik i kierowałam się na pierwszą lekcję.
Historia Terytoriów. Właśnie tego mi brakowało – królewskich linii krwi i starożytnych waśni. Idealne przypomnienie, że tutaj nie pasuję.
Na korytarzach już huczało, a ja poczułam zmianę energii w sekundzie, w której w nie wkroczyłam. Niektórzy się śmiali, inni szeptali. Większość ledwo na mnie zerkała. Ale ci, którzy to robili? Ich spojrzenia były szybkie, ciekawskie i ostrożne. Jakbym była znakiem zapytania, na który nie potrafili odpowiedzieć.
Szłam wolniej niż zwykle, jakby moje ciało próbowało kupić czas, którego mój umysł nie posiadał. Każdy krok wydawał się celowy. Jakbym musiała udowodnić samej sobie, że mam tu swoje miejsce – nawet jeśli w to nie wierzyłam.
A pod tym wszystkim jedno imię wciąż krążyło mi po głowie niczym nitka, za którą nie mogłam przestać pociągać.
Declan.
Pchnęłam drzwi do sali i wślizgnęłam się do środka, zajmując miejsce z tyłu. Podręcznik przede mną wyglądał, jakby ważył więcej niż ja sama. Otworzyłam go mimo to, próbując zachowywać się normalnie, próbując być niewidzialną.
Ale moje myśli wciąż odpływały.
Sen.
Stołówka.
Tamta chwila – Declan stający między mną a Garretem, jakby to miało jakieś znaczenie.
Dlaczego to zrobił?
Byłam dla niego nikim. Ledwo na mnie patrzył, odkąd tu przyjechałam, a kiedy już to robił, zazwyczaj wyglądało to tak, jakbym była insektem pełzającym po jego bucie. Ale wczoraj… stanął w mojej obronie. Bez wahania. Tylko zimna fursa i jeden złamany nadgarstek.
Głos Vivian zadźwięczał mi w głowie, ostry i gorzki. *On nie jest częścią twojego świata. Ty nie jesteś częścią jego.*
Nie myliła się.
Mijały trzy dni, a ja już czułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Jakbym weszła do opowieści, w której wcale nie miałam być postacią.
A te sny… Boże, te sny. Nie były po prostu dziwne. Wydawały się prawdziwe. Jak wspomnienia z życia, którego nigdy nie prowadziłam, albo ostrzeżenie przed czymś nadchodzącym, czego jeszcze nie rozumiałam.
Moje myśli wirowały, a nie dotrwałam nawet do drugiej lekcji.
Drzwi klasy otworzyły się z cichym kliknięciem i w pomieszczeniu zapadła cisza. Do środka weszła wysoka kobieta, której srebrne włosy upięte były w surowy kok, co jakimś cudem czyniło jej obecność jeszcze bardziej uderzającą. Nie musiała nic mówić – wszyscy od razu usiedli nieco prościej. Nawet ja.
Mrugnęłam, próbując się skoncentrować, gdy zaczęła porządkować notatki.
*Nie przyciągaj uwagi. Po prostu przetrwaj ten dzień.*
Otworzyłam notatnik lekko drżącymi palcami, udając, że wcale nie umieram od środka. Wszyscy inni wyglądali na tak swobodnych, jakby to było normalne. Dla nich to było normalne.
Ale dla mnie?
Nie pasowałam tutaj.
A jednak, jakimś sposobem, wciąż tu byłam.
Próbując przetrwać kolejny dzień w miejscu, które od samego początku zdawało się mieć mnie na celowniku.
*** * ***
Lekcja ciągnęła się w nieskończoność, każda minuta zdawała się dłuższa od poprzedniej, a mój umysł błądził między suchym wykładem profesor a ciężarem wszystkiego innego, co nachodziło moje myśli.
Przesuwałam długopisem po kartce, ale czułam, że to bardziej odwracanie uwagi niż faktyczne robienie notatek.
Kiedy w końcu zadzwonił dzwonek, poczułam ulgę. Szybko zaczęłam pakować rzeczy do torby, pragnąc uciec z sali i uwolnić się od spojrzeń innych uczniów, które nigdy nie dawały mi spokoju.
W chwili, gdy dotarłam do drzwi i skierowałam się ku wyjściu, zatrzymał mnie głos. – Panno Brooks? Czy mogłaby pani zostać na chwilę?
To był głos profesor – spokojny, ale niosący w sobie niezaprzeczalny autorytet. Oddech uwiązł mi w gardle. Zamarłam, czując nagły ciężar napierający na klatkę piersiową.
Powoli odwróciłam się w stronę jej biurka, zmuszając się do uprzejmego uśmiechu, choć pod powierzchnią buzowała panika. W środku serce waliło mi o żebra, a przez ciało przetaczała się chaotyczna burza nerwów i lęku.
Czego chciała? Czy miałam kłopoty? Czy zaraz zostanę wywołana przed wszystkich? Pytania wirowały nieubłaganie w mojej głowie, gdy ciężko przełknęłam ślinę, przygotowując się na to, co miało nadejść.
















