Harper
Odstawiłyśmy tace i wyszłyśmy z tłumem. Korytarze huczały od plotek; nie mogłam ich wyłapać, ale wiedziałam, że dotyczą mnie. Moje współlokatorki nic nie mówiły, ale czułam spojrzenia, które wymieniały za moimi plecami.
Na zewnątrz słońce chyliło się ku zachodowi, a wieże Crescentfall rzucały na niebo długie, ostre cienie. Było to piękne, ale w sposób, który sprawiał, że mój żołądek zaciskał się w supeł – jakbym tu nie pasowała.
Nasza sypialnia znajdowała się na samym skraju kampusu, a droga powrotna dłużyła się w nieskończoność. Powietrze pachniało sosną i dymem, a każdy szelest w drzewach sprawiał, że na skórze czułam dreszcz.
Zanim dotarłyśmy do pokoju, nogi bolały mnie aż do kości. Opadłam na łóżko i wbiłam wzrok w sufit, desperacko pragnąc przestać odtwarzać to wszystko w kółko.
*Uśmieszek Garreta.*
*Uścisk Declana na jego nadgarstku.*
*Sposób, w jaki na mnie patrzył.*
Nie jakby mnie chronił. Nie życzliwie. Po prostu… intensywnie.
I nienawidziłam tego.
Odegnałam tę myśl i szarpnęłam kołdrę z poduszki, naciągając ją sobie na twarz.
Bo jeśli będę o nim myśleć, może faktycznie zacznie mnie obchodzić, dlaczego w ogóle się pofatygował.
A nie zamierzałam dawać mu tej satysfakcji.
Kołdra tłumiła wszystko – ciche rozmowy za oknem i skrzypienie ramy łóżka Piper, gdy usiadła naprzeciwko mnie ze skrzyżowanymi nogami. Przez chwilę po prostu tam trwałam, ukryta, wdychając słabą woń detergentu i sosen z mydła do prania.
– No dobra – powiedziała po chwili Piper. – Wyrzuć to z siebie.
Wyjrzałam spod kołdry. – Co wyrzucić?
Uniosła brew. – Cały ten „najeżony chaos”, który w tobie siedzi. Praktycznie wibrujesz.
– Nie wibruję.
Maeve opadła na dywan obok Piper, opierając się na łokciach. – Wibrujesz. Jak będziesz trząść się mocniej, łóżko może się zawalić.
– Wszystko w porządku.
– Nie – odparła Piper z porozumiewawczym uśmieszkiem. – Dusisz to w sobie. I szczerze? Nie dziwię ci się. Pierwszy dzień, a Garret i Declan już gapią się na ciebie, jakbyś była albo lunchem, albo problemem do rozwiązania. Imponujące.
– Nie chcę im imponować. – Usiadłam tak gwałtownie, że kołdra spadła mi na kolana. – I nie potrzebowałam, żeby on interweniował, jasne? Garret to po prostu…
– Wilk z połową komórki mózgowej? – podsunęła Maeve.
– Dokładnie! Poradziłabym sobie z nim.
– Tak – przytaknęła Piper, kiwając głową. – Ale to by źle wyglądało.
Moje dłonie zacisnęły się w pięści na kołdrze. – I co z tego? Mam po prostu tam siedzieć i pozwalać mu się pomiatać?
– Nie – przyznała Piper. – Ale to, że Declan wkroczył? To się rozniesie. Ludzie uznają…
– Uznają co? – warknęłam.
– Że mu… zależy – powiedziała ostrożnie Maeve.
Wyrwał się ze mnie śmiech, ostry i pozbawiony humoru. – Proszę cię. Nic go nie obchodzę. Widziałaś go? Wyglądał na tak samo zdezorientowanego faktem, że się pofatygował, jak ja. Prawdopodobnie po prostu nie chciał mieć sceny przy swoim królewskim lunchu.
Piper i Maeve wymieniły spojrzenia, ale nie zaprzeczały.
Dobrze. Bo pomysł, że Declan Vance pomógł mi z jakiegoś szlachetnego instynktu?
To było śmieszne.
Padłam z powrotem na łóżko, uderzając głową w poduszkę z głuchym odgłosem. Sufit gapił się na mnie, jakby czekał na jakieś wielkie objawienie. Nic nie przyszło, oczywiście. Tylko więcej ciszy. Większy ciężar.
– Nie jestem jakąś kruchą nową dziewczyną. To znaczy, jestem nowa, i na dodatek nie jestem nawet wilkołakiem. Ale nie jestem ze szkła.
– Nikt nie mówi, że jesteś – odpowiedziała Piper, teraz już łagodniej. – Ale to miejsce – Crescentfall – rządzi się pewnym… niespisanym regulaminem. Pchniesz niewłaściwą osobę w niewłaściwy sposób i nagle twoje życie tutaj staje się piekłem.
Parsknęłam. – Więc mam im pozwalać po sobie deptać? Pozwalać ludziom pokroju Garreta traktować mnie jak śmiecia?
– Nie – rzuciła Maeve z podłogi, krzyżując ręce pod głową. – Ale może nie drażnij watahy już pierwszego dnia?
Przewróciłam oczami, ale nie dyskutowałam. Głównie dlatego, że nie miałam już siły.
Za oknem wiatr zaszeleścił gałęziami, a gdzieś daleko usłyszałam słabe wycie. Prawdziwy wilk? Uczeń po godzinach? W tym miejscu mogło to być jedno i drugie.
Znów usiadłam, spuszczając nogi z boku łóżka. – Myślicie, że on coś powie? Declan?
Piper mrugnęła. – O czym?
– O mnie. O tym, co się stało. – Sama nie wiedziałam, dlaczego w ogóle o to pytam. Nie żeby mnie to obchodziło – tyle że ewidentnie obchodziło, a ta świadomość miała gorzki posmak.
Maeve westchnęła, siadając. – Szczerze? On nie wygląda na typa, który dużo gada.
– To raczej typ ponuraka z kąta – dodała Piper. – Może od czasu do czasu rzuci mordercze spojrzenie dla rozrywki.
Prychnęłam, ale wyszło to bardziej jak westchnienie. – Świetnie. Właśnie tego mi trzeba. Królewicza z problemami z zaangażowaniem i kompleksem wybawcy.
Maeve wyszczerzyła zęby. – O nie, on nie ma kompleksu wybawcy. Jest zbyt przystojny, żeby aż tak mu zależało.
To mnie rozśmieszyło i na sekundę węzeł w mojej piersi nieco zelżał. Tylko trochę.
– Wciąż nie rozumiem, dlaczego to zrobił – powiedziałam cicho.
Nie odpowiedziały, a ja ich nie naciskałam. Zamiast tego wstałam i podeszłam do okna, przyciskając dłoń do chłodnej szyby. Las za akademikami rozciągał się niczym morze cieni, mroczny i bezkresny. Piękny w taki sposób, w jaki zwykle bywają niebezpieczne rzeczy.
Zauważyłam mignięcie ruchu – pewnie tylko uczeń – ale mój mózg i tak szepnął: *a co jeśli.*
A co jeśli to miejsce mnie tu nie chce?
A co jeśli interwencja Declana tylko wszystko pogorszyła?
A co jeśli to nie był początek, tylko ostrzeżenie?
– Myślicie, że przyjdzie mnie szukać? – zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Za moimi plecami zapadła chwila ciszy.
– A chcesz, żeby przyszedł? – zapytała łagodnie Piper.
Nie odpowiedziałam. Nie znałam odpowiedzi.
Bo prawda była taka, że nie wiedziałam. Nie byłam pewna, czy chcę przeprosin, wyjaśnień… czy po prostu dystansu. Albo wystarczająco dużo przestrzeni, by udawać, że nic z tego się nie wydarzyło.
















