Harper
– Pozwól, że dam ci radę – powiedziała cichym, niemal życzliwym głosem. – W Crescentfall panują zasady. Spisane i niespisane. Jesteś nowa. To nic. Każdy z nas przez to przechodził.
Mrugnęłam. – Okej…?
– Ale Declan? – Jej oczy pociemniały o ton. – On nie jest częścią twojego świata. Ty nie jesteś częścią jego. Więc trzymaj się od niego z daleka, dobrze?
Poczułam te słowa niczym drugi cios w żołądek. Zimne i wykalkulowane.
– Ja nie próbowałam…
Uniosła dłoń, a jej idealnie wypielęgnowane paznokcie lśniły w świetle.
– Nie przyszłam tu, żeby z tobą walczyć – odparła wciąż tym samym, irytująco uprzejmym tonem. – Po prostu daję ci znać – dla twojego własnego dobra – że najlepiej zrobisz, pilnując swojego miejsca.
Wpatrywałam się w nią.
Ona odwzajemniła spojrzenie.
A potem, ot tak, znowu się uśmiechnęła. – Dobrej nocy, Harper.
Odwróciła się i ruszyła korytarzem, jakby należał do niej – ramiona cofnięte, kręgosłup wyprostowany, długie włosy lśniące w blasku kinkietów niczym srebrzysta fala.
A ja po prostu tam stałam.
Ssparaliżowana.
Drugi raz tej nocy powiedziano mi, że tu nie pasuję.
Raz zrobił to ktoś, kto nawet nie wiedział, kim jestem.
A drugi raz ktoś, kto najwyraźniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Kiedy w końcu wróciłam do sypialni, ogień w kominku dogasał, a dziewczyny już spały. Jedynymi dźwiękami w pokoju był cichy pomruk oddechów i szelest pościeli.
Wślizgnęłam się do łóżka z wciąż kołaczącym sercem i szczelnie naciągnęłam kołdrę. Byłam wykończona. Fizycznie i emocjonalnie. Chciałam tylko, żeby ten dzień już się skończył.
*** * ****
Las płonął.
Ale nie był to zwykły pożar – las promieniał miękkim, złotym blaskiem, który prześlizgiwał się między drzewami, jakby to było jego naturalne miejsce. Liście nie schły, kora nie czerniała – ogień po prostu trwał, nie mając zamiaru zgasnąć.
Stałam boso na mchu, który wydawał się zbyt ciepły, jakby pamiętał lato, mimo że powietrze było rześkie.
Gdzieś przed mną zawył wilk.
Odwróciłam się, wiedziony instynktem w stronę tego dźwięku, choć nie rozumiałam dlaczego. Wszystko wydawało się ciężkie – jakbym poruszała się w gęstej wodzie, a nie w powietrzu. Na niebie nade mną nie było gwiazd. Tylko pełnia księżyca tak wielka, że zalewała wierzchołki drzew srebrnym światłem.
Wtedy je zobaczyłam.
Oczy.
Dziesiątki oczu.
Lśniły spomiędzy drzew. Niektóre bursztynowe, inne czerwone, i jedna para – burzowoszara – utkwiona we mnie, jakbym była zdobyczą.
Las rozstąpił się, drzewa rozsunęły się niczym kurtyna, ukazując potężną bestię o ciemnym futrze stojącą na polanie. Jej oczy płonęły jednocześnie furią i smutkiem.
A potem bestia odwróciła się i zaczęła biec w przeciwnym kierunku, oczekując, że pójdę za nią. Tak też zrobiłam.
Jej masywne łapy nie wydawały żadnego dźwięku, gdy poruszała się przez rozświetlone ogniem poszycie, a złote płomienie rozstępowały się przed nią jak przed starym przyjacielem. Nie myślałam. Po prostu szłam – pociągana przez coś starszego niż logika, głębszego niż pamięć.
Dotarliśmy do polany. Na jej skraju stał most – starożytny, łukowaty, zbudowany z kamienia, który jarzył się słabo pod wpływem mchu i blasku księżyca. Wisiał nad rzeką, której szumu wcześniej nie słyszałam.
Woda szeptała szybko pod nami w języku, którego nie potrafiłam zrozumieć.
I tam, na samym środku mostu, stała drewniana kołyska.
Wewnątrz leżało niemowlę. Owinięte w jasnoniebieski kocyk, nie mające więcej niż dwa miesiące. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała powoli, skóra była miękka i nietknięta przez zimno. Nie płakała. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, nie mrugając.
Coś we mnie pękło.
Ruszyłam biegiem.
Nie zastanawiałam się dlaczego. Po prostu wiedziałam – wiedziałam – że muszę do niej dotrzeć.
Ale w chwili, gdy moja stopa dotknęła pierwszego kamienia mostu, wszystko się roztrzaskało.
Świat zapadł się w sobie.
Drzewa pociemniały.
Ogień zgasł.
Niebo pękło.
A ja spadałam.
Nie w dół, nie do końca. Spadałam przez.
Przez gałęzie, które chwytały, ale nie drapały. Spadałam mijając echa – śmiechu, łkania, kołysanek i warczących zębów.
Otworzyłam oczy. Znowu byłam w lesie.
Drzewa znów szeptały.
Znowu byłam boso. Mech pod moimi stopami pulsował słabo, jakby miał własne tętno. Zapach sosny i dymu wypełnił mi płuca.
Zrobiłam krok naprzód, nie wiedząc dlaczego. Las wydawał się starożytny. Obserwujący. Czekający.
Wtedy to usłyszałam.
Wycie.
Niskie i samotne, wijące się między drzewami niczym wspomnienie. Nie przestraszyło mnie – raczej szarpnęło coś głęboko w mojej piersi, coś nieznajomego. Jakbym powinna to rozpoznać, ale nie potrafiłam.
Odpowiedziało mu drugie wycie.
To było bliżej.
Potem rozległ się dźwięk łap – ciężkich, kruszących liście tuż poza zasięgiem blasku ognia. Odwróciłam się, ale cienie były gęste, owijały się wokół drzew niczym pnącza. Serce zaczęło mi walić. Nie byłam sama.
Coś było za mną.
Uciekałam.
Ziemia mazała mi się pod stopami. Drzewa śmigały obok. Powietrze stało się zimniejsze i ostrzejsze, a za sobą wciąż słyszałam kroki – teraz już bliżej. W ciemności rozległ się niski warkot.
Wtem, nagle, zatrzymałam się.
Nie z własnej woli.
Coś zagrodziło mi drogę.
Postać – nie do końca ludzka i nie do końca zwierzęca. Górująca nade mną. Umięśniona. Spowita cieniem. Nie widziałam jej twarzy, ale jej oczy – jej oczy miały kolor burzowej szarości i płonęły w mroku.
A potem, głosem jednocześnie starożytnym i znajomym, postać wyszeptała:
– Nie należysz do nich. Nigdy nie należałaś. Most był ofiarą, a lasy nie zapominają tego, co obiecano.
Sen rozprysł się niczym szkło.
Obudziłam się gwałtownie, łapiąc powietrze i siadając tak szybko, że o mało nie spadłam z łóżka.
Serce mi łomotało. W gardle miałam sucho. Ogień w pokoju zgasł, a w powietrzu unosił się chłód niczym mgła. Sen wciąż odbijał się echem w moich kościach. Szare oczy. Las. Wypowiedziane słowa.
Potarłam twarz i wypuściłam powietrze.
– To nie było prawdziwe – wyszeptałam do siebie. – To tylko sen, popieprzony, dziwny sen. Tylko sen.
Ale wcale go tak nie czułam. Ani trochę.
















