Harper
Vivian pojawiła się u jego boku, muskając jego ramię, gdy szli w stronę głównego stolika.
Piper podążyła za moim wzrokiem. – Declan Vance. Książę Likanów z Vancroft.
– Vancroft? – Mrugnęłam.
– Jego królestwo – powiedziała Lily. – Jedno z najstarszych terytoriów Likanów. Jego rodzina rządzi tam od wieków.
Zmarszczyłam brwi. – Więc on jest… następcą tronu?
Piper pokręciła głową. – Nawet nie blisko. Trzech starszych braci odgradza go od tronu. – Skinęłam głową.
Maeve parsknęła. – A Vivian – jego idealnie dopasowana księżniczka – jest z Shadowfen. Drugiego królestwa Likanów. Pomyśl: trony, polityka, traktaty wojenne, zaplanowana przyszłość, rodzinne dramaty… pełen pakiet.
– Czyli… on jest z rodziny królewskiej?
– Aha.
– I ona też… jest z rodziny królewskiej?
– Mhm – mruknęła Piper, wciąż obserwując Vivian. – Zaręczeni od dziecka, czy coś w tym stylu.
– Aha. – Próbowałam brzmieć swobodnie. – Fajnie.
Wcale nie było fajnie.
Było wręcz przeciwnie.
Był to rodzaj niedostępności, który sprawiał, że miałam ochotę czymś rzucić.
I nagle wczorajsze ostrzeżenie znów we mnie uderzyło – głośne i niemożliwe do zignorowania.
**„Trzymaj się od niego z daleka”.**
Dźgnęłam swój chleb, przeżuwając go, jakbym mogła w ten sposób zdusić ucisk w żołądku.
– Nie rozumiem – mruknęłam, nie oczekując w zasadzie odpowiedzi. – Skoro jest taki ważny… dlaczego ciągle gapi się na mnie, jakbym kopnęła jego królewskiego wilka czy coś?
Piper uśmiechnęła się złośliwie. – Bo go dezorientujesz.
– Nie jestem dezorientująca. Jestem nikim.
– Właśnie – powiedziała Maeve. – A ludzie tacy jak on nie lubią rzeczy, których nie potrafią wsadzić do odpowiedniej szufladki.
– Poza tym – dodała Sloane, jakby analizowała sytuację – cała ta szkoła to hierarchia. Nie chodzi tylko o bycie wilkołakiem – liczą się linie krwi, królestwa, watahy i status. Kiedy ktoś taki jak ty wchodzi tu bez zapachu, bez aury, bez tytułu… nie pasujesz.
– Więc to czyni mnie, co, zagrożeniem? – zapytałam sucho.
– Albo anomalią – rzuciła Maeve. – Co w tych stronach wychodzi na to samo.
Pozwoliłam, by moja głowa opadła na stół z cichym głuchym odgłosem. – Świetnie.
Wszystkie podskoczyłyśmy, gdy obok z łoskotem upadła taca.
Podniosłam głowę w chwili, gdy wysoki, barczysty chłopak – wyraźnie niezadowolony – pchnął kogoś z powrotem na krzesło tuż naprzeciwko mnie.
Chłopak w okrągłych okularach i z wielkimi, przerażonymi oczami wyglądał, jakby chciał zapaść się pod ziemię.
– Jeszcze raz na mnie wpadnij, kurduplu, a przysięgam…
– Ja… ja nie chciałem… – wydukał chłopak.
– Patrz, gdzie leziesz – przerwał mu wyższy chłopak, głosem gładkim, ale pełnym groźby.
Był może o rok lub dwa starszy, ale emanowała z niego ta bezwzględna pewność siebie.
Bez ostrzeżenia chwycił tacę dzieciaka i zrzucił ją ze stołu. Jedzenie rozbryzgało się wszędzie. Przy jego stoliku za plecami wybuchnął śmiech.
– Ups – zakpił.
– Hej! – wypaliłam, zanim zdołałam się powstrzymać. – To nie było konieczne.
Chłopak odwrócił się w moją stronę.
Kiedy jego oczy spotkały się z moimi, zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.
Wpatrywał się we mnie, jakby mnie oceniał, albo jakby wiedział coś, czego ja nie wiedziałam.
– Patrzcie, kto postanowił przemówić – powiedział z drwiącym uśmiechem. – Mała panna Nieoznaczona.
Nieoznaczona?
To słowo uderzyło mnie jak kamień w żołądek.
Przy okolicznych stolikach zapadła cisza.
– Nie wiedziałem, że pozwalamy zwierzątkom domowym siedzieć przy stole dla dorosłych – dodał wystarczająco głośno, by wszyscy usłyszeli.
Tak. Zdecydowanie coś wiedział, ale pytanie brzmiało – co?
Lily wpół uniosła się z krzesła. Szczęka Piper zacisnęła się.
Zostałam na miejscu, zmuszając się do zachowania spokojnego głosu. – Powiedziałam, że to nie było konieczne.
– A ja powiedziałem – pochylił się, a jego głos stał się niski – że może ktoś taki jak ty powinien pamiętać o swoim miejscu, *mały człowieczku*.
Ostatnie dwa słowa były przeznaczone tylko dla mnie. Zbladłam.
– Wyczułem cię w chwili, gdy tylko spojrzałem w twoją stronę – wyszeptał, a ja ciężko przełknęła ślinę.
– Ja nie…
– Odwal się, Garret.
Przerwał mi głos za moimi plecami.
Niski. Zimny. Potężny.
Declan.
Garret wyprostował się powoli, ale zauważyłam w nim zmianę – nie tyle strach, co… czujność.
– Nie widziałem cię tu, książątko – powiedział Garret, kpiąc z tytułu i składając płytki ukłon.
Oczy Declana nie spuszczały z niego wzroku. – To dobrze. Bo tego też nie zobaczysz…
Zanim Garret zdążył zrobić kolejny krok w moją stronę, Declan poruszył się szybciej, niż byłam w stanie dostrzec, i mocno wykręcił nadgarstek Garreta.
Garret syknął. Między nimi rozległ się cichy trzask – ledwie słyszalny, ale wystarczający, by uciszyć wszystkich na stołówce.
Wszyscy patrzyli.
Głos Declana był zimniejszy niż lód. – Dotknij jej jeszcze raz, a sprawię, że do końca swojego nędznego życia będziesz utykał po przemianie.
Garret cofnął rękę, jakby go oparzyła. – Ona nawet nie jest…
– Nie obchodzi mnie to.
Te słowa uderzyły mocniej niż jakakolwiek groźba.
Usta Garreta się zamknęły.
Declan w końcu spojrzał na mnie. Nie życzliwie. Nie opiekuńczo. Po prostu… intensywnie. Jakby próbował zrozumieć, dlaczego właściwie to zrobił.
Nie powiedział ani słowa – po prostu odwrócił się i odszedł, a wszyscy rozstępowali się przed nim, jakby był kimś niezwykle ważnym.
Bo był.
Garret zaklął pod nosem i ruszył w drugą stronę, trzymając się za nadgarstek.
A ja?
Zostałam tam, oszołomiona, gapiąc się na swoją tacę, jakby mogła mi udzielić odpowiedzi.
Bo Declan Vance – nietykalny, zimny jak zima książę Likanów – właśnie mnie obronił.
I nie miałam pojęcia dlaczego.
Albo co gorsza – dlaczego jakaś część mnie nie chciała, żeby przestał.
*** * ***
Cisza po odejściu Declana trwała tak długo, że tętno zaczęło mi dudnić w uszach. Nie tylko ja tak zareagowałam – połowa stołówki zdawała się zamrożona, wstrzymując oddech, czekając, czy Garret wróci z pięściami, czy może ja pęknę pod ciężarem bycia w centrum uwagi.
Nic takiego się nie stało.
Garret wymamrotał coś pod nosem i wypadł przez dalekie wyjście, potrząsając nadgarstkiem, jakby go palił. Jego wataha ruszyła za nim, rzucając mi spojrzenia, jakbym właśnie ukradła im ulubioną zabawkę.
Powoli gwar wokół nas powrócił, tym razem cichszy – bardziej ostrożny. Brzęk widelców o talerze, skrzypienie krzeseł, szepty wijące się w powietrzu niczym dym.
Oparłam się i zmusiłam dłonie pod stołem do rozluźnienia. Były zimne i wilgotne.
– Wow – wykrztusiła w końcu Lily, opadając na krzesło. – Pierwszy dzień, a już masz dwóch najsilniejszych Likanów gotowych łamać dla ciebie kości. Albo jesteś przeklęta, albo…
– Masz szczęście? – zgadywała Piper.
– Masz przerąbane – dokończyła Maeve z parsknięciem, biorąc łyk napoju.
Sloane nie podniosła wzroku znad telefonu. – Albo jesteś oznaczona w sposób, którego żadna z nas nie rozumie.
Gwałtownie odwróciłam głowę w jej stronę, ale ona nie dodała nic więcej – po prostu przewijała ekran, jakby przed chwilą nie zrzuciła mi na głowę bomby.
Dźgnęłam chleb na tacy. Nie byłam oznaczona. Nie byłam nikim. To był ten cholerny problem.
– W każdym razie – powiedziała Piper, odchrząkując. – Zignoruj Garreta. On tylko dużo szczeka. A Declan… cóż. – Pochyliła się i ściszyła głos. – To co innego. On takich rzeczy nie robi. Dla nikogo.
Nie odpowiedziałam.
Nie potrafiłam.
Reszta lunchu minęła mi jak w malignie – fragmenty normalnej rozmowy przeplatane były ukradkowymi spojrzeniami od innych stolików, jadłam kęsy jedzenia, których prawie nie czułam, a słowa Declana zapętlały się w mojej głowie, aż chciało mi się krzyczeć, żeby je zagłuszyć.
Kiedy w końcu zadzwonił dzwonek, poczułam się tak, jakby ktoś poluzował węzeł zaciskający się na moich żebrach.
















