Harper
Siedziałam tam jak sparaliżowana; ich słowa odbijały się echem w mojej głowie.
*Nikomu nie powiemy. To zależy. Wilkołaki istnieją. Likani. Partner. Więzi. Przemiana.*
Trafiłam do zupełnie innej rzeczywistości — i teraz w niej utknęłam.
— Chyba muszę się położyć — powiedziałam cicho, gapiąc się w podłogę.
— Nie ma mowy — odparła Piper, wyskakując jak diabeł z pudełka. — Musisz coś zjeść.
— Kolacja kończy się o wpół do dziesiątej — dodała Lily. — A dla pierwszoroczniaków godzina policyjna jest rzeczą świętą.
— Wilki robią się agresywne z głodu. — Piper wyszczerzyła zęby. — Nie chcesz widzieć Sloane w tym stanie.
— Przecież tu stoję — odrzekła sucho Sloane, ale już wkładała skórzaną kurtkę i poprawiała srebrną bransoletę na nadgarstku.
Zamrugałam. — Czekajcie, nie możemy po prostu… po tym wszystkim, co mi powiedziałyście? Chcecie iść jeść, jak gdyby nigdy nic?
— Tak — ucięła Maeve, spokojna jak zawsze.
— Bo reszta szkoły, mam nadzieję, o niczym nie wie, a unikając kolacji, przyciągniesz więcej uwagi, niż idąc na nią.
— Ma rację — powiedziała łagodnie Lily. — Poczujesz się lepiej po zjedzeniu czegoś ciepłego. To pomaga.
Wahałam się. Moje nogi nie chciały się ruszyć. Głowa tym bardziej, ale Piper już ciągnęła mnie za ramię niczym dziewczyna z misją.
— Chodź, ludzka istotko. Masz dużo do przetrawienia i zero czasu, żeby to zrobić. Poza tym bufet z purée ziemniaczanym jest po prostu mistrzowski.
Pozwoliłam jej ciągnąć się do drzwi, wciąż będąc w transie. Wszystko we mnie wrzeszczało, że to błąd, że powinnam uciekać, spakować torbę, udawać zapalenie wyrostka — cokolwiek, byle nie iść na kolację w otoczeniu stworzeń, które czują moją krew z drugiego końca sali.
Ale nie dawały mi wyboru.
Korytarze były teraz cichsze, oświetlone migoczącymi kinkietami, które rzucały długie cienie na starożytne kamienie. Moje trampki dudniły o podłogę, podczas gdy pozostałe dziewczyny szły z płynną, wyćwiczoną ciszą. Poruszały się jak wilki nawet w ludzkiej postaci — gładko, niemal instynktownie, odnotowując każde skrzypnięcie podłogi i zmianę w powietrzu.
Raz się potknęłam, a Piper mnie podtrzymała.
— Wszystko okej? — zapytała szeptem.
— Nie — szepnęłam. — Ani trochę.
— Rozumiem — odparła, a potem lekko się uśmiechnęła. — Ale świetnie sobie radzisz. Serio. Większość ludzi dawno by już zemdlała.
— Jeszcze mogę to zrobić.
Skręciłyśmy za róg i minęłyśmy parę starszych studentów — wysokich, pewnych siebie, o świecących złotych oczach, które zdecydowanie nie były ludzkie. Jeden z nich pociągnął nosem, gdy przechodziłyśmy. Tylko subtelne przechylenie głowy, jak u psa, który poczuł nieznajomy zapach.
Zesztywniałam.
Sloane swobodnie weszła między mnie a nich, jakby celowo zasłaniała im widok.
Szli dalej.
Wypuściłam powietrze, którego nawet nie wiedziałam, że nie wypuszczam.
Zanim dotarłyśmy do stołówki, oblewały mnie poty i jednocześnie trzęsłam się z zimna.
Sala jadalna wyglądała jak z filmu fantasy. Sklepienia pięły się tak wysoko, że gubiły się w mroku. Długie stoły z ciemnego drewna ciągnęły się przez całą salę, oświetlone przez lewitujące lampiony, które migotały miękkim, niebieskim blaskiem. Powietrze wypełniał zapach pieczonego mięsa, czosnku i czegoś lekko ziołowego. Powinno to być kojące. Nie było.
Było tam mnóstwo studentów.
I wszyscy podnieśli wzrok, gdy weszłyśmy.
Nie wszyscy naraz. Stopniowo. Głowy się odwracały, rozmowy cichły. Nikt nie powiedział ani słowa, ale to czułam.
Sloane mruknęła pod nosem: — Po prostu głowa do góry. Nie wzdrygaj się. Nie węszyj za bardzo.
— Węszyć?
— Jest tu mnóstwo zapachów. Linie krwi. Więzi. Magia. To skomplikowane.
— Nienawidzę każdego słowa w tym zdaniu — szepnęłam.
Piper poprowadziła nas do długiego stołu na samym końcu, blisko kominka, w którym trzaskał ogień o niebiesko-białych płomieniach. Gdy mijałyśmy grupę starszych roczników, usłyszałam, jak ktoś coś szepcze — zbyt cicho, bym mogła wyłapać słowa — ale Sloane zerknęła przez ramię i ta osoba natychmiast zamilkła.
Usiadłyśmy.
A właściwie one usiadły.
Ja stałam niepewnie, patrząc na kolejkę do wydawania posiłków.
To nie był system z tacami, jakiego się spodziewałam. Zamiast tego były stacje z jedzeniem — prawdziwe, mistycznie wyglądające stacje. Jedna sekcja lśniła blaskiem księżyca; inna była zastawiona dymiącymi garnkami, które pachniały ziołami i wywarem z kości. Na jednej było tylko surowe mięso. Udałam, że jej nie widzę.
— Idź — powiedziała Piper, trącając mnie stopą. — Nie gryzą. Przynajmniej nie bez pytania.
— To nie jest śmieszne.
Mrugnęła do mnie.
Ruszyłam w stronę bezpieczniej wyglądającej stacji, gdzie purée ziemniaczane, pieczone warzywa i jakiś rodzaj gulaszu serwowała starsza kobieta w czarnym uniformie. Jej oczy też lekko lśniły na złoto. Ale uśmiechnęła się, gdy podeszłam.
— Pierwszy tydzień? — zapytała.
— Tak — odpowiedziałam, zdziwiona, że w ogóle potrafię mówić.
Nałożyła jedzenie na drewniany talerz i podała mi go. — Wszystko będzie dobrze.
Chciałam zapytać, skąd wie — czy wie, czym jestem — ale tego nie zrobiłam. Tylko skinęłam głową i wróciłam z pochyloną twarzą.
Kiedy usiadłam, pozostałe były już w połowie posiłku.
— Widzisz? — powiedziała Piper między kęsami pieczonych warzyw. — Nie spłonęłaś nagle żywym ogniem.
— Jeszcze nie.
— Dobrze ci idzie — pocieszyła mnie Lily z zachęcającym uśmiechem. — Nikt nie próbował cię wyzwać.
— Wyzwać mnie?
— Do walki o dominację — rzuciła Maeve, nie podnosząc wzroku. — Czasami się zdarza. Zwłaszcza gdy czyjś zapach jest… nieznajomy.
Wbiłam wzrok w talerz.
— Wyluzuj — rzekła Piper. — Jesteś teraz pod ochroną pokoju. Trzymamy się razem.
Nic nie odpowiedziałam.
Nie mogłam.
Bo wszystko w tym miejscu wydawało się złe. Zbyt dziwne, zbyt wielkie, zbyt odległe od wszystkiego, co znałam. A jednak…
A jednak nikt mnie nie zdemaskował. Nie publicznie. Jeszcze nie.
Może uda mi się to przeżyć.
Może.
*** * ***
Zanim wróciłyśmy do akademika, na korytarzach znów się uciszyło, nie licząc sporadycznych szeptów czy śmiechów dochodzących zza zamkniętych drzwi oraz cichego skrzypienia starego drewna. Powietrze na zewnątrz było teraz chłodniejsze, rześkie i ostre, jakby cały las zrobił nocny wydech.
W drodze powrotnej niewiele rozmawiałyśmy. Nawet Piper, która miała energii za troje, zamilkła. Czułam jednak, że mnie obserwuje — jak świecę migoczącą na niespodziewanym wietrze.
Nie dziwiłam się jej. Sama się tak czułam.
Wewnątrz akademika znów było przytulnie i ciepło, oświetlenie było przygaszone — komfortowo w ten dziwny, nieco upiorny sposób. Ktoś zapalił pęczek szałwii w płytkiej misie przy oknie, wypełniając przestrzeń kojącym, ziemistym zapachem. Ogień w kominku przygasał.
Przez chwilę stałam w progu, nie wiedząc, co ze sobą począć. Potem podeszłam do walizek, otworzyłam jedną i wyjęłam małą kosmetyczkę. Odchrząknęłam.
— Hej… Gdzie jest łazienka?
Piper podniosła wzrok z miejsca, gdzie leżała rozwalona na łóżku. — Koniec korytarza, po lewej. Prysznice są za drugimi drzwiami. Nie używaj tych środkowych — zalewa je.
— Dobrze wiedzieć.
— O, i weź klucz — dodała Lily. — Drzwi blokują się o dziesiątej. Magiczne pieczęcie. Zostaniesz na zewnątrz na całą noc.
















