Zakazany człowiek Alfy

Zakazany człowiek Alfy

Autor: Aeliana Moreau

Rozdział 12
Autor: Aeliana Moreau
6 cze 2026
Harper Ostatni uczniowie wygramolili się z klasy, ich kroki cichły na korytarzu, aż w końcu zostałyśmy tylko ja i profesor. Drzwi za mną kliknęły cicho, pieczętując ciszę, która ciężko legła między nami. Stała przy biurku z założonymi rękami, jej oczy były ostre i nieprzeniknione. Powoli podeszła i utwierdziła na mnie swoje spojrzenie. – Harper… – Głos profesor przeciął ciszę. Podeszła bliżej, a jej wyraz twarzy był napięty, wyrażając coś pomiędzy niedowierzaniem a troską. – Nie rozumiem, jak udało ci się dostać do Akademii Crescentfall. Jak w ogóle przeszłaś przez pieczęcie przy bramach, nie mówiąc już o zapisaniu się tutaj, jakbyś tu przynależała. Poczułam, jak gardło mi się zaciska, ale ona nie dała mi dojść do słowa. Jej spojrzenie wyostrzyło się, skanując mnie, jakby mogła zdjąć ze mnie skórę i zobaczyć, co kryje się pod spodem. – Wiem, kim jesteś. A raczej… kim nie jesteś. I nie potrafię pojąć, jak to możliwe, że nikt inny jeszcze tego nie zauważył. Profesor wypuściła powoli powietrze, niemal tak, jakby sama zbierała siły. – To jest akademia dla naszych pobratymców, Harper. Ludzie tacy jak ty… ludzie, którzy są ludźmi… oni tutaj nie przeżyją. Nie są do tego stworzeni. Czy rozumiesz, co do ciebie mówię? Żołądek podszedł mi do gardła tak szybko, jakby podłoga pode mną nagle zniknęła. Zimna, kłująca fala wspięła się po moim kręgosłupie i wiedziałam – po prostu wiedziałam – że kolory, które jeszcze miałam na twarzy, odpłynęły całkowicie. Otworzyłam usta, desperacko chcąc coś powiedzieć, cokolwiek, ale słowa splątały się i zawiązały w supeł w moim gardle, aż jedyne, na co było mnie stać, to głuchy, ochrypły szept. Moje palce zacisnęły się na pasku torby, jakby to była jedyna rzecz trzymająca mnie w pionie. A najgorsze? Wcale nie byłam zaskoczona. Nie tak naprawdę. Gdzieś tam, głęboko pod warstwami zaprzeczeń i wymówek, wiedziałam, że ta chwila nadejdzie. Od sekundy, w której dowiedziałam się, czym naprawdę jest Crescentfall, od sekundy, w której zobaczyłam, kto chodzi po tych korytarzach, powinnam była zawrócić i uciekać. Ale tego nie zrobiłam. I stojąc tam teraz, z sercem walącym tak głośno, że niemal zagłuszało ciszę między nami, nie potrafiłam nawet samej sobie wyjaśnić, dlaczego zostałam. Powinnam była wyjechać. Boże, powinnam była wyjechać. Ale zostałam. Może to była ciekawość. Może czysta głupota. A może dlatego, że w głębi duszy chciałam udowodnić sobie, że nie jestem tak krucha, jak zawsze mi się wydawało. Że potrafię stanąć pośród potworów i nie mrugnąć okiem. Tyle że teraz… teraz, pod wiedzącym spojrzeniem profesor, które przykuwało mnie do miejsca, czułam wszystko, tylko nie siłę. W klatce piersiowej czułam ucisk, zbyt mocny, jakby ściany sali powoli się do siebie zbliżały, a każdy oddech drapał niczym szkło. W gardle czułam suchość, jakbym połknęła piasek, ale i tak zmusiłam usta do współpracy. – Ja… – Pierwszy dźwięk załamał się i zgasł, upokarzająco słaby. Zacisnęłam szczękę i spróbowałam ponownie, wciągając powietrze do płuc, aż słowa wydostały się na zewnątrz, szorstkie, ale pewne. – Nie wiedziałam. Brzmiało to marnie, zbyt marnie, ale to była prawda. Zacieśniłam uścisk na pasku torby, aż kłykcie mi pobielały. – Myślałam, że to po prostu… uczelnia. Moi rodzice… wypełnili dokumenty, pomogli mi z aplikacją i nikt… – Głos mi zadrżał, teraz bardziej z frustracji niż ze strachu. – Nikt nie wspomniał, że to jakaś… jakaś tajna nadnaturalna akademia. Wyraz twarzy profesor nie złagodniał, ale jej milczenie było gorsze niż krzyk. Ciężko przełknęłam ślinę, myśli mi pędziły, a każdy instynkt wrzeszczał, bym uciekała. Ale stałam jak wryta, z nogami jak z ołowiu, bo jeśli odeszłabym teraz, wyglądałoby to tak, jakbym była winna – a nie byłam winna niczego poza byciem na tyle głupią, by wejść do świata, którego nie rozumiałam i do którego nie należałam. Usta profesor zacisnęły się w twardą, nieodgadnioną linię. Splotła ramiona na piersi, omiatając mnie wzrokiem, jakby ważyła i mierzyła coś, co tylko ona mogła dostrzec. – Jeśli to, co mówisz, jest prawdą – powiedziała w końcu, jej głos był rzeczowy, lecz cichy – to nie masz tu czego szukać. Crescentfall nie zostało zbudowane dla ludzi, Harper. I dopóki nie udowodnisz, że jest inaczej… – Zawiesiła głos, a jej słowa zawisły między nami, ciężkie i ostateczne. – …powinnaś odejść, zanim ktoś mniej cierpliwy ode mnie zorientuje się, kim jesteś. To zdanie uderzyło we mnie jak cios pięścią. Udowodnić, że nie jestem człowiekiem? Mój mózg gorączkowo szukał sensu, ale brzmiało to absurdalnie, wręcz śmiesznie, gdyby nie było tak groźne. – Jestem człowiekiem – odparowałam, a gniew wylał się ze mnie szybciej niż szok. – Krwawię, oddycham, ja… – To nie wystarczy. Jej przerwanie było czyste, definitywne. Po prostu się w nią wpatrywałam, z tętniącym sercem w uszach. Czy ona mówiła poważnie? Udowodnić, że nie jestem człowiekiem? Jak, do diabła, miałam to zrobić, skoro ledwo rozumiałam, dlaczego ta cała szkoła pełna wilkołaków, likanów i bóg wie czego jeszcze, już mnie nie wyrzuciła? – Zrób sobie przysługę – kontynuowała, teraz ciszej, choć brzmiało to w jakiś sposób jeszcze ostrzej. – Spakuj swoje rzeczy. Wyjdź, póki masz szansę. Patrzyłam na nią, ale nie znajdowałam słów. Co w ogóle mogłam powiedzieć? Miała rację. To miejsce nie było dla ludzi. A pozostanie tutaj – udawanie – nie tylko narażało mnie na niebezpieczeństwo. Mogło też zaszkodzić innym. Przygryzłam wargę, nerwowy nawyk, który towarzyszył mi od lat, i zmusiłam się do mówienia. – Dobrze. Czy może mi pani dać trochę czasu? Muszę zadzwonić do rodziców i… – Zawahałam się. – Nawet nie wiem, co im powiem. Profesor studiowała moją twarz przez dłuższą chwilę, po czym krótko skinęła głową. – Masz czas do końca dnia. Możesz iść. Skinęłam głową, raz. Sztywno. Potem odwróciłam się i wyszłam, ściskając torbę tak mocno, że palce mi zdrętwiały. Nawet nie fatygowałam się na następną lekcję. Jaki to miało sens? Skończyłam z tym miejscem. Mimo to, nie spodziewałam się łez. Oczy zaczęły mnie piec, wzrok się zamazał, a ja nie wiedziałam, czy to złość, wstyd, czy coś innego, czego nie chciałam nazywać. Dlaczego w ogóle było mi smutno? Przecież od początku tu nie pasowałam. Ale… Declan. Jego imię uderzyło we mnie niczym kamień. Przestałam iść i o mało nie wpadłam prosto na niego.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 12 – Zakazany człowiek Alfy | Czytaj powieści online na beletrystyka