Ku niczyjemu zdziwieniu, robię to.
Podkradam się bliżej osoby, która ewidentnie bardzo cierpi. Pojedyncza, przygaszona żarówka migocząca nad drzwiami około półtora metra od faceta daje mi akurat tyle światła, bym mogła zacząć dostrzegać niektóre jego cechy.
Ponieważ to zdecydowanie *on*. Nawet skulony, trzymając się za bok, widzę, że jest wysoki i umięśniony. Głowę ma opuszczoną, ale ma kruczoczarne włosy, wystarczająco długie, by pod tym kątem zasłaniały mu oczy, więc nie widzę jego twarzy.
Jest ubrany schludnie – ciemne buty, ciemne eleganckie spodnie, ciemna koszula. Z powodu braku światła nie mam pewności, czy wszystko jest czarne, czy może w kolorze granatu nocy. *Co to ma za znaczenie, Harley? Nie jesteśmy tu jako jurorzy w „Project Runway”.*
„Nic ci nie jest?” pytam niepewnie, podchodząc bliżej. *Oczywiście, że nie jest. Czy jęki bólu nie są dla ciebie wystarczająco jasne?*
Podchodzę jeszcze kilka kroków i zatrzymuję się przy jego stopach, które są wyciągnięte przed nim. Moje oczy przyzwyczaiły się do ograniczonego światła na tyle, by zobaczyć, że jego koszula jest mokra pod ramieniem mocno zaciśniętym na brzuchu. Czy to krew? *Nie wiłby się z bólu, gdyby to była woda, Harley.*
Podnosi głowę w moim ogólnym kierunku, ale oczy ma zamknięte i stęka. Jeśli to krew, prawdopodobnie traci przytomność. A sądząc po dużej kałuży rozlewającej się na ziemi pod nim, nie wyjdzie z tego zaułka bez pomocy.
Rozglądam się gorączkowo, ale zdaję sobie sprawę, że ulica jest zbyt cicha, by kogoś zawołać. Pielęgniarka we mnie również nie pozwoli mi zostawić tego faceta samemu sobie, by najprawdopodobniej umarł w tej ciemnej i samotnej alejce. Nikt na to nie zasługuje.
„Dobra, kolego, będę potrzebować twojej pomocy”, mówię, nie przejmując się tym, że prawdopodobnie nie jest wystarczająco przytomny, by zrozumieć ani jedno słowo, które wypowiadam. „Pomogę ci wstać, żebyśmy mogli dojść do mojego domu kilka metrów dalej”. Mam nadzieję, że wyjaśnienie moich planów powstrzyma go przed nadmierną reakcją, gdy odzyska przytomność i znajdzie się w ramionach obcej kobiety.
Mój wzrost i rozmiar mają swoje zalety – na przykład podpieranie kolosa na ramieniu, żebyśmy mogli iść ramię w ramię. Ale taka ilość alkoholu w moim organizmie niweluje te zalety i walczę, by utrzymać jego ciężar i nie potykać się co kilka stóp.
„Dawaj, wielkoludzie. Przestań być mięczakiem i dźwigaj trochę własnego ciężaru”. *Tak, wiem, że to nieładnie z mojej strony być wredną dla rannego człowieka. Ale spróbujcie sami dźwigać, jak zgaduję, jakieś 115 kilo czystych mięśni, a potem przyjdźcie ze mną pogadać.*
Coś w moim tonie musiało uświadomić mu moją frustrację, bo nagle dostaje zastrzyku energii i część jego ciężaru znika. *Dobry chłopiec!*
Wędrówka do domu jest powolna, ale w końcu docieramy tam bez zbyt wielu przekleństw z mojej strony. Po pokonaniu chodnika do moich drzwi wejściowych dochodzę do przygnębiającego wniosku. Muszę wciągnąć jego wielki tyłek po trzech schodkach, oprzeć go jakoś o framugę, żebym mogła wyłowić klucze z torebki, otworzyć drzwi frontowe, a potem wciągnąć go do środka. Wszystko to sprawiając mu jak najmniej bólu. *To powinno być ciekawe.*
Chodnik to w miarę gładka przeprawa; nawet schody współpracują z moją misją. Ale kiedy docieramy na szczyt, nie ma tam miejsca przy ścianie ani nawet filaru, o który mógłby się oprzeć. *Więc będą to drzwi wejściowe.*
Odchylam go do tyłu i tył jego głowy uderza o drzwi. *Ups.* Trzymając jedną rękę na jego klatce piersiowej, by spróbować utrzymać go w stabilnej pozycji, drugą zanurzam w torebce przewieszonej przez ramię, łowiąc w niej jak matka szukająca zgubionego buta dziecka na dnie basenu z kulkami.
Z lekkim, zwycięskim potrząśnięciem tyłkiem, wyciągam je za drugim podejściem i wsuwam do zamka. Ale zdrowy rozsądek mnie opuszcza i przekręcam go, zanim zarzucam jego ramię z powrotem na swoje barki.
Jego ciężar oparty o drzwi sprawia, że te odskakują do tyłu, pociągając go za sobą. Jego ramię wystrzeliwuje instynktownie i chwyta się mojego, pewnie żeby złapać równowagę. Ale z powodu mojej chwiejności i jego rozmiarów, padamy jak domek z kart podczas tornada.
On ląduje twardo na plecach, ze mną na sobie, moimi rękami opartymi na jego klatce piersiowej. *Jego bardzo męskiej, bardzo wyrzeźbionej klatce. Mniam.*
*Skup się, Harley!*
Podnosząc wzrok na jego twarz, by sprawdzić, czy zauważył, że go taksuję wzrokiem, mój mózg zacina się i staje w miejscu. Do tej pory, z powodu ciemności i mojej koncentracji na dotarciu do domu bez zarycia twarzą w chodnik, tak naprawdę nie przyjrzałam się jego twarzy.
Ale teraz, przy świetle z przedpokoju, które zostawiłam włączone wcześniej, oświetlającym jego twarz, nie mam innej funkcji mózgowej niż gapienie się na niego, bo jest *przepiękny*.
Mocna linia szczęki z prostym nosem i wysokimi kośćmi policzkowymi, o które zazdrosny byłby model z okładki, dopełniają jego pełne, całuśne usta. Jego cera jest nieco popielata, ale domyślam się, że gdy jest zdrowy, jego skóra ma bogaty, oliwkowo-brązowy odcień. Jakby właśnie wrócił z rejsu jachtem po Morzu Śródziemnym, gdzie cały dzień opalał się na pokładzie, sącząc Mai Tai i będąc wachlowanym przez przepiękne modelki Victoria’s Secret. *Notatka dla siebie: sprawdzić koszty rejsów wycieczkowych.*
Jego oczy są zamknięte, więc nie widzę, jakiego są koloru, ale gdyby to była jedna z moich sprośnych książek, wyobrażałabym sobie elektryzujący błękit lub szmaragdową zieleń – coś, co kontrastowałoby z głęboką czernią jego jedwabistych włosów.
Potrząsając głową, by wrócić na właściwy tor, podnoszę się do pozycji stojącej. Kładąc ręce na biodrach, skanuję otoczenie, by zdecydować o następnym kroku. Wciąganie jego wielkiego ciała na górę po schodach odpada. Przy moim szczęściu bylibyśmy dwa stopnie od szczytu, zanim potknęlibyśmy się i spadli z powrotem na dół.
Kuchnia na tyłach domu jest za daleko, co pozostawia moją trzyosobową kanapę w salonie po prawej stronie. *Zatem kanapa.*
Odsuwając jego nogi od drzwi wejściowych stopą, zamykam je i rygluję. Każdy może przechodzić obok, a nie mam ochoty być zauważona z nieprzytomnym mężczyzną leżącym w moim wejściu, z krwią przesiąkającą przez koszulę. *Nie zostałam stworzona, by być czyjąś więzienną dziwką.*
Chwytając go za nadgarstki, ciągnę go tyłem w stronę kanapy, dziękując sobie za położenie paneli podłogowych kilka lat temu. Ciągnięcie nieprzytomnego ciała po dywanie byłoby naprawdę niewygodne. *A posiadanie wykrwawiającego się nieznajomego w domu nie jest, Harley?*
Zanim wtoczę go na kanapę, biegnę do szafy z pościelą po ręczniki, by podłożyć je pod niego. *Moja skórzana kanapa nie będzie poplamiona krwią, dziękuję bardzo.*
Zanim w końcu ląduje na kanapie, oddycham głośno jak uczestnik biegu byków w Pampelunie. *Kolejna notatka dla siebie: sprawdzić zajęcia cardio w lokalnym klubie fitness.*
Przechodzę przez salon do kuchni, by napić się szklanki wody i złapać oddech, zabierając apteczkę z góry lodówki w drodze powrotnej do mojego pacjenta w salonie.
Zgodnie z moim wrodzonym roztargnieniem, w połączeniu z alkoholem w moim systemie, całkowicie wyleciało mi z głowy, że nie jestem największą fanką krwi. Uświadamiam sobie to, gdy powoli zaczynam podnosić jego koszulę, by ocenić uszkodzenia, nagle czując zawroty głowy i mdłości.
*Jakim cudem ciągle pakuję się w takie sytuacje?*
















