Jest piątek rano, a ja wyglądam jak coś, co przeciągnięto przez żywopłot, obrażono w lustrze i wrzucono z powrotem do łóżka. Mam wrażenie, że moje oczy są wypełnione potłuczonym szkłem. Moje włosy to abstrakcyjna rzeźba buntu. A sukienka? Wciąż wisi przed moją szafą jak zadowolony z siebie mały sekret. W geście połowicznego buntu pokazuję jej środkowy palec, zanim schodzę na dół do kuchni po kawę,
















