Jeszcze zanim otwieram oczy, czuję, że coś jest inaczej – we mnie i w przestrzeni, w której się znajduję – z różnych powodów.
Leżę na kanapie, czegoś takiego *nigdy* nie robię. Od tego jest moje robione na zamówienie łoże typu Alaskan King z czarną jedwabną pościelą.
W powietrzu unosi się odurzający zapach. I nie jest to unikalny zapach krwi, który wyczuwam z odległości mili. Woła mnie, jednocześnie kojąc moją duszę *(gdybym ją miał)* i podpalając mój układ nerwowy.
Otwierając oczy, wpatruję się w sufit zdecydowanie różniący się od tego w moim apartamencie na ostatnim piętrze. Ten ma brązowe zacieki w kilku miejscach i kilka pęknięć w rogu. *Bogini, mam nadzieję, że dach nie zawali mi się na głowę.*
Jestem bez koszuli, a moją dolną połowę przykrywa szary koc. Kiedy podciągam go bliżej nosa, ten niebiański zapach staje się intensywniejszy i instynktownie zaciągam się nim głęboko do płuc.
Obracając głowę w lewo, reszta pokoju staje się wyraźniejsza. Jestem w małym salonie z skromnym umeblowaniem. W rogu znajduje się wykusz z wbudowanym tapicerowanym siedziskiem. Jest pokryty większą liczbą poduszek, niż powinno być prawnie dozwolone.
Moje oczy padają na śpiącą kobietę w fotelu naprzeciwko mnie. Lekko chrapie, a odrobina śliny cieknie z kącika jej otwartych ust. Nie mogę zdecydować, czy to urocze, czy godne pożałowania. *Co u diabła? Od kiedy cokolwiek jest dla mnie urocze?*
Na jej kolanach leży otwarta książka, ale pod tym kątem nie mogę odczytać tytułu. Miejmy nadzieję, że to coś edukacyjnego, jak autobiografia jednego z wielkich umysłów tego kraju. Po mojej prawej stronie, za nią, znajduje się kolosalny regał wypchany książkami, które były czytane wielokrotnie, jeśli popękane grzbiety są jakąś wskazówką.
Zsuwając nogi na podłogę, siadam prosto i lustruję resztę pokoju. Korytarz jest prawdopodobnie przez drzwi po mojej prawej, z widocznym dołem schodów. Małą kuchnię widać przez łuk po mojej lewej, za mną. Przyzwoitej wielkości telewizor jest zamontowany na ścianie po mojej lewej, obok wykuszu.
Śpiąca królewna ubrana jest w czerwoną flanelową piżamę, która opina jej bujne, ponętne krągłości. Górny guzik jej koszuli wyskoczył z dziurki, a jej głęboki dekolt błaga o moją uwagę. *Czego bym nie dał, żeby uwolnić kolejny guzik – byłyby wtedy całkowicie nagie dla mnie. Przestań, ty jaskiniowcu.*
Patrząc w dół, dostrzegam wodoodporny opatrunek na lewym boku mojego brzucha i wydarzenia zeszłej nocy wracają jak gwałtowna powódź.
Pamiętam kolację w restauracji z kilkoma moimi najlepszymi badaczami. Dałem kierowcy wolne, bo była jego rocznica, i planowałem zamówić Ubera, gdy wieczór dobiegnie końca. Więc kiedy wyszliśmy z restauracji, pożegnałem innych i otworzyłem aplikację do zamawiania przejazdów w telefonie. Ale nagły ruch przykuł mój wzrok i moja uwaga skierowała się w tamtą stronę.
Zmysły wyostrzone ponad ludzką miarę pozwoliły mi dostrzec wyraźny luminescencyjny tatuaż czerwonego nietoperza za uchem tej osoby. *Takie kurwa banalne.*
Bez wahania zacząłem śledzić ubrany na ciemno cel. Ale nadążanie okazało się trudne, bo nie mogłem użyć mojej zdolności do ekstremalnie szybkiego poruszania się na ulicach zatłoczonych przez śmiertelników.
To nie miało sensu, żeby jeden z ludzi Andrasa skradał się w tej części miasta. Ale byłem zdeterminowany go złapać, wycisnąć z niego odpowiedź, a potem pozbyć się jego żałosnego tyłka.
Śledziłem go przez kilka przecznic, przemykając z cienia w cień. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, gdy w końcu wkradł się do ciemnego zaułka, ostatecznie pieczętując swój los, bo nie zamierzałem go stamtąd wypuścić żywego.
Skradając się w dół wąskiej przestrzeni, moje oczy błądziły po każdym dostępnym zakamarku w poszukiwaniu sługusa Andrasa. Mniej więcej w połowie drogi czarny kot zeskoczył ze śmietnika, powodując wystarczająco duże odwrócenie uwagi, by umożliwić mojej ofierze rzucenie się ze schodów przeciwpożarowych powyżej, lądując z gracją na nogach i odcinając wyjście na ulicę.
Zanim zdążyłem wypowiedzieć choćby jedno słowo, wpadł na mnie i wbił sztylet w mój bok, szepcząc mi do ucha: „Andras przesyła pozdrowienia”.
Zazwyczaj moje kły wyrywałyby mu gardło, zanim zdążyłby dokończyć zdanie. Ale moje ciało, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, odmówiło wykonania tego, czego żądał od niego mózg. Chłód przesączał się przez moje ciało, biorąc początek tam, gdzie wciąż tkwił nóż, skutecznie mnie paraliżując. Nawet mój głos nie chciał wydobyć się z gardła.
Kiedy mężczyzna cofnął się, wyciągając sztylet, wyraźny słodki zapach wiszący w powietrzu był moją pierwszą wskazówką, a resztki czarnej cieczy na ostrzu drugą. Skurwysyn otruł mnie wilczą jagodą.
W normalnych okolicznościach trucizna z wilczej jagody jest śmiertelna dla wampira. Ale w moim przypadku, ponieważ jestem Królem Wampirów, tylko mnie sparaliżowała i spowolniła moje zdolności regeneracyjne. Nie mogłem więc walczyć ani zabić go na miejscu, nawet gdybym próbował.
Zniknął w nocy ze zwycięskim uśmiechem, podczas gdy ja osunąłem się po brudnej ścianie, tracąc kontrolę nad ciałem z każdą sekundą. W głębi ducha miałem nadzieję, że nie natknie się na mnie żaden inny zbir, bo byliby w stanie zakończyć moje życie bez większego wysiłku.
I to wkurzyło mnie najbardziej – niemożność obrony. Zredukowany do śmierci z rąk prostaka, a nie w ferworze chwalebnej bitwy, jak przepowiadały księgi historyczne.
W końcu moje ciało poddało się próbie zachowania przytomności i świadomości; ból i odrętwienie stały się zbyt wielkie dla mojego zmęczonego ciała, by mogło się samo uleczyć, powodując, że zemdlałem.
Ta śmiertelniczka musiała się na mnie natknąć i zdecydowała się mnie uratować.
Odklejając częściowo bandaż od skóry, zauważam, że rana całkowicie się zagoiła, pozostawiając tylko bladą białą bliznę jako dowód, że zaledwie kilka godzin temu była tu ziejąca rana.
Uważam to za dziwne, ponieważ byłem już wcześniej truty wilczą jagodą i potrzeba co najmniej 24 godzin, by opuściła mój system, a potem kolejnych kilku godzin, by rany się zagoiły. *Czy ta kobieta miała pod ręką antidotum, jakimś cudem?*
Zanim zdążę rozważyć wszystkie możliwe scenariusze i powody mojego szybkiego powrotu do zdrowia, moja gospodyni zaczyna się poruszać. Natychmiast krzyżuję ręce na piersi, zakładam maskę niezadowolenia i czekam, aż się obudzi i zacznie prosić mnie o pieniądze, bo uratowała mi życie.
Ponieważ tego właśnie spodziewam się po ludzkości. Żaden dobry uczynek nie jest robiony tylko dlatego, że ktoś ma w sobie przyzwoitość i dobroć. Nie. Z każdym aktem oczekują zapłaty lub przysługi w zamian.
Kiedy jej głowa się podnosi, a jej jadeitowe oczy napotykają moje, tylko jedno słowo rezonuje przez każde włókno mojego istnienia.
*Moja!*
















