Wtorkowy poranek nadchodzi niczym niespodziewany cios w twarz; budzę się zamroczona, z suchością w gardle i sercem, które uparcie wciąż pozostaje ciężkie.
Po kilku minutach tępego wpatrywania się w sufit i rozważania emigracji, wstaję ociężale, powłócząc nogami schodzę na dół w moich kapciach z króliczkami i bluzie z napisem „Książki to moja terapia”, nalewam sobie najbardziej agresywną kawę znaną
















