Śpię do dupy.
rzucam się, wiercę i niezliczoną ilość razy poprawiam poduszkę. Zrzucam z siebie kołdrę, a potem naciągam ją z powrotem. Powtarzam ten rytuał w kółko aż do okolic czwartej rano, kiedy mój mózg w końcu robi zwarcie z czystego wycieńczenia i wciąga mnie w sen, który mniej przypomina odpoczynek, a bardziej zapadnięcie w śpiączkę.
Kiedy o siódmej rano drze się mój budzik, odbieram to jak
















