Jest środowy poranek, a ja zaspałam.
Nie o dziesięć minut i nie o uprzejme pół godziny. Nie, zaspałam o dziewięćdziesiąt pełnych, bezczelnych, wywracających wszechświat do góry nogami minut.
Mój budzik wyje nieustannie, jakby próbował reanimować zwłoki, więc uciszam go z całą wściekłością wzgardzonej kobiety, a potem po prostu... leżę. Gapiąc się w sufit, jakby krył odpowiedzi na temat życia, miło
















