*******Z perspektywy Margot*******
Słońce wisiało nisko na niebie, krwawiąc głębokimi odcieniami pomarańczu i czerwieni na horyzoncie, gdy Cara i ja brnęłyśmy przez ostatni odcinek polnej drogi prowadzącej na osiedle przyczep.
Powietrze zgęstniało wraz z nadchodzącą nocą, ciężkie od zapachu suchej trawy i dymu papierosowego unoszącego się z kilku przyczep dalej.
Zatrzymałyśmy się w miejscu, gdzie droga się rozwidlała — miejsce Cary po lewej, moje po prawej.
"Cóż," powiedziała, wypuszczając powietrze i odwracając się do mnie. "Kolejny ekscytujący dzień z powrotem w raju."
Wymusiłam słaby uśmiech, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Zawsze zatrzymywałyśmy się tutaj dłużej, niż to było konieczne, żadna z nas nie chciała się rozstawać. A zwłaszcza ja.
Życie domowe Cary też nie było idealne, ale przynajmniej jej mama starała się w lepsze dni, kiedy nie dawała w żyłę... a raczej, kiedy nie było jej na to stać?
Cara nienawidziła patrzeć, jak jej mama jest na haju, ale przez lata przyzwyczaiła się do tego widoku. Jednak mimo to często mi przypominała, że nie była ona do końca zła, ponieważ mimo iż jej matka staczała się na dno - nigdy by jej nie uderzyła ani na nią nie nakrzyczała...
Czasami byłam zazdrosna, biorąc pod uwagę, że obie miałyśmy ciężko, ale jej sytuacja wydawała się odrobinę bardziej znośna w porównaniu z moją.
Przynajmniej Cara miała kogoś, kto w głębi duszy naprawdę się o nią troszczył za skorupą swojego uzależnienia, w przeciwieństwie do kogoś, kto przez większość dni w tygodniu witałby ją w drzwiach oddechem przesiąkniętym whiskey i zaciśniętą pięścią...
"Postaraj się dzisiaj za dużo nie myśleć," Cara szturchnęła mnie lekko, a jej głos był teraz łagodniejszy, jakby dokładnie wiedziała, w jakim kierunku zmierzały moje myśli. "Zrobiłyśmy słuszną rzecz, Margot. Nie utkniemy tu na zawsze - przynajmniej próbujemy się stąd wyrwać, prawda?"
Skinęłam głową, ale mój żołądek zwinął się w ciasny supeł.
Nawet nie myślałam teraz o tym eksperymencie. Myślałam o zardzewiałej przyczepie, która na mnie czekała, o człowieku w środku i o tym, czy będzie nieprzytomny, czy będzie szukał czegoś, w co mógłby uderzyć.
"Ta," mruknęłam. "Do zobaczenia jutro?"
Cara posłała mi porozumiewawcze spojrzenie. "Na pewno, chyba że obudzę się rano bogata i sławna i zniknę stąd przed świtem."
Wymusiłam śmiech, patrząc, jak obraca się na pięcie i znika w kierunku swojej przyczepy, a jej sylwetka zostaje pochłonięta przez gasnące światło. "Wiesz przecież, że nigdy bym cię tu nie zostawiła, prawda? Jesteś moją najlepszą kumpelą!" zawołała przez ramię, gdy patrzyłam, jak znika coraz dalej wzdłuż drogi.
W chwili, gdy odeszła, ciężar rzeczywistości opadł na moje ramiona niczym asteroida zesłana, by zmiażdżyć Ziemię.
Wzięłam głęboki wdech, zmuszając stopy do ruchu, mimo że mój mózg krzyczał, bym tego nie robiła.
Ścieżka chrzęściła pod moimi znoszonymi trampkami, a dźwięk ten był zbyt głośny w upiornej ciszy osiedla przyczep, budząc we mnie strach, że obudzę wszystkich w tej opustoszałej przestrzeni.
Większość ludzi już zaszyła się w środku na noc; blask wyciszonych telewizorów migotał zza cienkich zasłon u tych, którzy je mieli. Gdzieś w oddali zaszczekał pies. Zapłakało dziecko. Krzyknął mężczyzna.
To wszystko było zbyt znajome, zbyt 'normalne', przez co nienawidziłam tego jeszcze bardziej...
Wtedy w końcu ją zobaczyłam — naszą przyczepę.
Osuwała się na tle gasnącego nieba jak zapomniany relikt, ze schodzącą farbą i rdzewiejącym metalem. Zgnieciona puszka po piwie leżała w pobliżu frontowych schodków, będąc pierwszym znakiem, że mój ojciec był już w domu.
Drugim znakiem był słaby blask telewizora przeciekający przez okno, oświetlający salon chorobliwym, niebieskim odcieniem.
Zbliżając się do drzwi, zawahałam się, nasłuchując przez chwilę.
Cisza.
Niedobrze.
Cisza oznaczała, że był albo nieprzytomny, albo czekał...
Biorąc się w garść, powoli pchnęłam drzwi, a zawiasy jęknęły w proteście, zdradzając moją pozycję.
Najpierw uderzył mnie smród — skwaśniałego alkoholu, nieświeżego potu i czegoś przypalonego.
Weszłam do środka, uważając, by stawiać lekkie kroki.
W salonie panował bałagan, ale to nie było nic nowego. Puste butelki walały się po podłodze, przepełniona popielniczka stała na stoliku kawowym, a telewizor brzęczał na kanale pełnym szumu.
Wtedy go zobaczyłam.
Mój ojciec siedział rozwalony w swoim fotelu, jego poplamiony piwem podkoszulek opinał się na brzuchu, jedna ręka ściskała w połowie opróżnioną butelkę, a druga zwisała luźno z podłokietnika. Oczy miał zamknięte, a usta lekko otwarte.
Spał.
Ulgę poczułam tak szybko, że prawie ugięły się pode mną kolana.
Poruszałam się szybko, kierując się w stronę mojego pokoju na drugim końcu przyczepy, po drodze ostrożnie omijając skrzypiące deski w podłodze.
Gdybym tylko mogła dostać się do środka i zamknąć drzwi, może ta noc nie skończyłaby się kolejnymi siniakami, które dołączyłyby do mojej rosnącej kolekcji...
Ale gdy sięgałam po klamkę, jego głos przeciął powietrze, gęsty i bełkotliwy.
"Gdzieś ty do cholery była, dziewczyno?"
Mój żołądek zacisnął się i podskoczył na ten ton.
Odwróciłam się powoli, a moje palce wciąż zaciskały się na klamce. Teraz mrugał, patrząc na mnie, a jego twarz wykrzywiała się w pijackim zamgleniu.
"W bibliotece z Carą," powiedziałam ostrożnie.
Prychnął na mnie, opluwając się, po czym przeciągnął dłonią po twarzy i pociągnął kolejny łyk z butelki. "W bibliotece," przedrzeźniał mnie piskliwym głosem, kręcąc głową. "Jakby to miało ci przynieść coś dobrego w tym przeklętym mieście - czytanie, kurwa, gównianych historyjek."
Nie odpowiedziałam. To zawsze była najbezpieczniejsza opcja.
Poruszył się w fotelu, mrużąc na mnie przekrwione oczy. "Teraz się tu wymykasz po cichu, dziewczyno? Myślisz, że nie zauważam, kiedy wracasz późno do domu? Kiedy przemykasz obok mnie, nie mówiąc ani słowa?"
Puls dudnił mi w uszach. Znałam tę grę. Szukał powodu do kłótni, jakiejś wymówki, żeby przypomnieć mi, kto tu rządzi. Nawet kiedy stałam tu w kompletnej ciszy...
Zmusiłam swój głos, by pozostał opanowany. "Mówiłam ci. Byłam tylko w bibliotece."
Wypuścił z siebie gorzki śmiech. "Ta? A czego dokładnie się tam uczysz? Jak być cholernym rozczarowaniem?"
Szczęka mi się zacisnęła, a moje palce mocniej chwyciły klamkę. Ugryzłam się w język, przełykając słowa, które chciałam mu wypluć prosto w twarz, wiedząc, że tylko znacznie by to pogorszyło sytuację.
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, jakby rzucając wyzwanie, bym się postawiła. Potem, równie szybko, jak gniew zapłonął, tak samo zgasł. Chrząknął i machnął lekceważąco ręką.
"Zejdź mi z oczu do cholery, nie mam dzisiaj siły dawać ci kolejnej lekcji!" zakpił, odwracając się z powrotem do telewizora i pstrykając pilotem, dopóki nie pojawiło się coś nadającego się do oglądania.
Nie czekałam, aż zmieni zdanie.
Wślizgnęłam się do pokoju, zamykając za sobą drzwi najciszej jak potrafiłam, po czym przekręciłam zamek. Moje ręce trzęsły się, gdy przycisnęłam czoło do drewna, wypuszczając powietrze, którego, jak się okazało, do tej pory nie oddychałam.
Bezpieczna.
Przynajmniej na razie.
Na jeszcze jedną noc.
Odwróciłam się i spojrzałam na znajomy widok mojego malutkiego pokoju — gołe ściany, wyboisty materac na podłodze, małe biurko zasłane starymi zeszytami i ledwo działającymi długopisami.
Jedyne miejsce na całym tym świecie, które było moje.
Opadając na łóżko, wpatrywałam się w popękany sufit, a mój umysł zalała fala myśli.
To miejsce było przypomnieniem, że ten cały pomysł z więzieniem wcale nie był taki zły... to byłoby ulepszenie w stosunku do tej meliny!
Jeden tydzień.
Tylko tyle musiałam poczekać, żeby dowiedzieć się, czy aplikacje cokolwiek nam dały.
Jeszcze jeden tydzień, i może — tylko może — wreszcie znalazłabym drogę ucieczki z tej pułapki.
Za wszelką cenę, niech tak będzie, jeśli to oznacza, że będę mogła uciec od niego!
















