**POV Coban**
Słońce nadal niemiłosiernie prażyło, gdy przemierzaliśmy dziedziniec. Margot szła tuż przede mną, a bluza wisiała na niej niezgrabnie.
Ciągnęła za rękawy, jakby nie mogła już dłużej znieść tego uczucia, a ja wcale jej się nie dziwiłem, nie po tym, jak długo kazałem jej siedzieć w słońcu w tym cholerstwie.
Ale nie chodziło o bluzę.
Chodziło o kontrolę.
O patrzenie, jak trochę się wije
















